Amerykanie jako naród na wojnach (przynajmniej tych zwanych światowymi) wycierpieli nie aż tak dużo. Pomijając Pearl Harbor – gdzie po prostu wystrzelano/zbombardowano ich jak kaczki, to na pewno nie doświadczyli obozów zagłady i pernamentnego państwa policyjnego.

Mimo tego faktu prawdą jest, że o bohaterstwie żołnierzy spod znaku 50 gwiazdek powstały dziesiątki filmów, książek i cholera wie czego jeszcze. Z definicji ocierają się one o banał, albo łzawe historie (przynajmniej te, które miałem okazję oglądać), ale ostatnio obejrzałem film, który pokazał wojnę (konkretnie drugą światową) od zupełnie innej strony i w totalnie innej scenerii, niż wszystkie inne. Wybór Zofii to jeden z najważniejszych filmów w karierze Meryl Streep – dostała Oskara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Obraz o którym piszę powstał w roku 1982 – zatem wiele lat po wojnie – na podstawie powieści Williama Styrona, reżyserią zaś zajął się Alan J. Pakula.

Film opowiada historię Zofii Zawistowskiej – Polki, córki krakowskiego profesora, która straciła swoją rodzinę w Oświęcimiu. Poznajemy ją dzięki młodemu pisarzowi Stingo, który wprowadził się do domu zamieszkiwanego przez Zofię. Jednego z wieczorów zaraz po przeprowadzce nocny hałas wyciąga Stingo na schody, gdzie jego oczom ukazuje się scena brutalnego “quasi-rozstania” między Zofią, a jej partnerem – Nathanem (w tej roli Kelvin Kline), którzy zamieszkują piętro wyżej. I taki opis możnaby umieścić w TeleTygodniu i pewnie niewiele osób film by obejrzało. Jednakże istotnym z punktu widzenia dalszej fabuły nie jest tak naprawdę (jak możnaby się spodziewać) relacja miłosna pomiędzy głównymi bohaterami, ale historia opowiedziana przez Zofię w intymnej ciemności hotelowego pokoju, dokoąd uciekła razem ze Stingo po kolejnej awanturze urządzonej przez zazdrosnego Nathana.

Od historii opowiedzianej przez główną bohaterkę bierze się tytuł filmu – dano jej bowiem namiastkę boskiej mocy – miała wybierać kto umrze, a kto zostanie ocalony. Scena mająca miejsce przy selekcji przywiezionych do obozu ludzi jest dzięki swej ascetyczności niesamowicie sugestywna. Trudno mi opisać jednoznacznie przedstawioną w filmie fabułę. Film trzeba zobaczyć nie tylko dla doskonale oddanej książki, ale by zobaczyć, że Amerykanie również potrafią tworzyć filmy o wojnie, które pozostawiają po seansie nastrój refleksji i kontemplacji, a nie powiewającą na tle zachodzącego słońca biało-czerwono-niebieską flagę. Naprawdę trzeba.

Share on Facebook