• O blogu
  • rss

Kulturalny Chlebik

Kulturalny Chlebik

Moje kulturalne przemyślenia
  • home
  • Blog
  • Film
  • Filozofia
  • Gry
  • Historia
  • Książki
  • Kulinaria
  • Life
  • Muzyka
  • Religia
  • Sport
  • Taniec

Latest Entries »

Mary and Max

Filed Under: Film by Chlebik
lis.28, 2010

Popularności kreskówek ze stajni Pixar/Disney nie można odmówić popularności. Nie są już prostymi historyjkami dla dzieci, w których efekty specjalne mówią więcej niż scenariusz i wiarygodne postacie. Takie kreskówki ostatnio odchodzą do lamusa – mieliśmy Nemo, mieliśmy Wall-E i mojego ostatniego ulubieńca - Up (polski tytuł to Odlot). Ostatnio natrafiłem jednakże z pomocą filmwebu na inną ciekawą pozycję - Mary and Max.

Kreskówki jakoś nie widziałem intensywniej promowanej w mediach elektronicznych (a tych trochę czytam),  wpychana jest zresztą na kinowe ekrany dobrze rok po premierze światowej. Dlaczego? To właśnie jest pytanie, gdyż Mary and Max jest naprawdę śliczną opowieścią o ludzkim życiu, wzlotach i upadkach,  niespełnionych ambicjach, a także o konsekwencji tych spełnionych. Mary poznajemy w roku 1975, ma 8 lat, mieszka z matką alkoholiczką i ojcem (pracownikiem fabryki, w której przytwierdza się nitki do torebek z herbatą). Nie ma przyjaciół, ma za to nadwagę, znamię na czole i brak pewności siebie. Max pojawia się na ekranie raptem kilkanaście klatek później – ponad 40letni facet, z lekkim zespołem Aspergera, nadwagą i brakiem przyjaciół (poza wyimaginowanym Mr Ravioli), do tego Żyd-ateista. Efekt? W plastelinowej animacji historia ta nabiera rumieńców, zamieniając się z czasem w realistyczną opowieść o życiu – osiąganiu celów i spełnianiu marzeń. Film jest krótki – raptem niecałe 90 minut – jednakże zupełnie wystarczy, aby każdy z widzów znalazł w tej historii kawałek siebie. Szczerze polecam.

Share on Facebook
read more

Miecz prawdy i prawa magii

Filed Under: Filozofia, Książki by Chlebik
lis.11, 2010

Kiedy jeszcze byłem młody, piękny i głupi (teraz to ostatnie mi przeszło) dostała się w moje ręce seria książek o Mieczu Prawdy, napisana przez Terrego Goodkinda. Całości nie przeczytałem (gdyż jeszcze wówczas nie istniała) – dzisiaj cykl jest zakończony, 11 tomów po 500 stron każdy robi spore wrażenie. Pierwszy z nich stoi na półce, niedługo zacznę kupować kolejne. Dlaczego piszę o kolejnym ‘dziesiątym tomie, piątego cyklu trzeciej serii sagi’? Otóż nie wnikając zupełnie w fabułę, bohaterów czy wykreowany świat (choć wszystko jest bardzo przyjemne i ładne, polecam cały cykl) to na pewno warto zapoznać się z tzw. ‘prawami magii’, które przewijają się przez kolejne tomy, a są po prostu zbiorem całkiem fajnych zasad życiowych, które wyrażają poglądy filozoficzne autora. Tak z okazji wolnego dnia polecam ich lekturę.

  • Ludzie są głupi: niemal we wszystko uwierzą, bo chcą, żeby to była prawda, lub dlatego, że się obawiają, iż może to być prawda.
  • Najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody.
  • Uczucia rządzą rozumem.
  • W przebaczeniu tkwi magia, która uzdrawia. W przebaczeniu, które dajesz, a zwłaszcza w tym, które uzyskujesz.
  • Zważaj na to, co ludzie czynią, a nie tylko na ich słowa, bo czyny zdradzą kłamstwo.
  • Możesz się podporządkować wyłącznie władzy rozumu.
  • Życie to przyszłość, nie przeszłość.
  • Zasłuż na zwycięstwo.
  • W rzeczywistości nie może być antynomii.
  • Rozmyślne odwracanie się od prawdy jest zdradą wobec siebie.

Share on Facebook
read more

Pierwszy wpis kulinarny – czyli carbonara w ofensywie

Filed Under: Kulinaria, Life by Chlebik
lis.06, 2010

Generalnie lubię gotować. Nawet bardzo lubię. Uczyłem się tego w 2 totalnie różnych miejscach – pierwszym był domek mojej babci i spędzane tam weekendy oraz wakacje.  Jest to również powód, dla którego na pewno będę miał coś na kształt pieca na drzewo kiedy już zbuduję sobie domek. Drugim miejscem była resturacja gdzie pracowałem jako kelner. Możnaby zadać pytanie jak będąc kelnerem można nauczyć się gotować ciekawe rzeczy, zaś odpowiedź jest prosta – knajpa ta miała otwartą kuchnię, zatem na to, co robią kucharze można było sobie jawnie popatrzeć. I takie zmieszanie zupełnie 2 styli – tradycyjnej polskiej kuchni i international cuisine jakoś tak we mnie żyje i daje o sobie znać. Dziś zatem pierwszy wpis kulinarny – będzie o prostej i smacznej rzeczy jaką jest carbonara.

Pewnie nie raz mieliście okazję zdziwić się kiedy rozmawialiście z kimś np. o bigosie. Jak to nie dodajesz do bigosu suszonych śliwek? Przecież to profanacja! Nie no śliwek nie daję, ale dolewam trochę wina. Przecież tak się nie robi! Tjaaa, tak samo jest z carbonarą. Zasadniczo podstawowa wersja tego sosu (podaję za Wiki) składa się z:

- pecorino romano - czyli twardego owczego sera

- guanciale - włoski niewędzony bekon

- jaj i pieprzu

Tyle mówi Wikipedia. Zasadniczo byłem świadkiem dziesiątek dyskusji czy na pewno do carbonary dodaje się w ogóle śmietanę, ktoś tam dowodził, że do carbonary daje się tylko ser, a z kolei Maciej Kuroń prezentuje przepis na carbonarę z użyciem mascarpone (kiedyś pewnie spróbuję). Niektórzy też dodają do sosu grzyby, czasem warzywa i ogólnie jest z tego dużo zamieszania. Zatem jeśli kiedykolwiek będziecie świadkami kłótni o ‘prawdziwą carbonarę’ to możecie błysnąć wiedzą.

Ja w swojej carbonarce pozostałem dość konserwatywny, jednakże użyłem polskich składników rzecz jasna (do Almy mogę się przejść po comber z sarny, a nie po ser ).  Jedzonko przygotowywałem dla siebie i żony zatem wszystkie składniki są dla 2 osób. Do robienia sosu i potem mieszania go z makaronem użyłem swojego woka – jest bardzo duży (wszystko się mieści), żeliwny (ślicznie się w nim gotuje) i sprawia odpowiednie wrażenie.

1. Bierzemy kilka ząbków czosnku i rozgniatamy je – mieszamy je z niewielką ilością oleju. Wrzucamy to na patelnię i na bardzo małym ogniu pozwalamy się mu ogrzać i oblepić całą powierzchnię patelni (należy uważać by nie przypalić czosnku)!

2. Wrzucamy na patelnię drobno pokrojony boczek! Ma to o tyle znaczenie, że szybciej zrobi się miękki, puści własny tłuszcz i cały sos będzie bardziej esensjonalny. Kiedy podsmażymy go wystarczająco dorzucamy drobno posiekaną cebulę. Dalej mieszamy i czekamy aż cebula dojdzie, można po drodze dosypać soli – carbonara jako dość tłusty sos potrzebuje całkiem sporo soli, aby nie być mało wyrazista (paskudnie wtedy smakuje).  Jeżeli boczek i cebula są już OK, wówczas odlewamy wodę/tłuszcz z patelni! Jest to bardzo istotne – bardzo często kucharze zostawiają pewną część tej brei i wówczas śmietana nie potrafi się z tłuszczem zmieszać – wygląda to cokolwiek nieapetycznie i tak też smakuje.

3. Dorzucamy trochę oregano/rozmarynu/ziół prowansalskich na patelnię (co kto preferuje, można ten etap pominąć). Trzymamy przyprawy troszeczkę na ogniu (podgrzewamy je) – wydobywa to ich aromat i zapach, ale należy uważać by ich nie przypalić! Nie ma nic gorszego niż spalone przyprawy. 

4. Odstawiamy taką bazę na bok precz z ognia. Dajemy 10 minut na ostygnięcie. Po czym należy dodać trochę śmietany i zamieszać. Ja do tego opus magnum użyłem deserowej śmietanki 30% z Mlekovity. Generalnie łatwo ją wszędzie dostać i jest całkiem niezła. Na porcję dla 2 osób najbezpieczniej jest użyć całe małe opakowanie – bodajże 375ml.  Dodam, że najlepiej trzymać opakowanie wcześniej poza lodówką by śmietanka nabrała temperatury pokojowej – jakiekolwiek szoki termiczne są dla śmietany na dłuższą metę zabójcze. Dolanie tej niewielkiej ilości i wymieszanie spowoduje, że śmietana przejdzie ‘carbonorowatością’.  Dajemy temu kilka minut na postanie i dalsze stygnięcie.

5. Teraz kilka słów o bazie sosu – tutaj dzieją się cuda. Resztkę śmietanki należy wymieszać z 2 żółtkami (niektórzy polecają dodawanie całych jaj, ja wolę żółtka) . Rozbełtujemy to razem i w tym momencie dodałem również bardzo drobno starty żółty ser. Generalnie można sobie zakupić jakiś włoski czy francuski wynalazek – zasadniczo polecany jest jakiś intensywny w smaku ser – moim zdaniem nie jest to dobre rozwiązanie, gdyż jeśli choć trochę przesadzimy z ilością to zabije on swoim aromatem cały sos. Ja dodałem trochę zwykłego Barona Ostrołęckiego (nie pytajcie mnie kto wymyślił tą nazwę, ale ser jest całkiem smaczny – kupuję go w sklepie koło swojej roboty na Powiślu). Drobne starcie jest ułatwieniem – nie trzeba czekać długo aż ser się rozpuści, co również eliminuje zagrożenie przeciągnięcia sosu i zrobienia z niego kaszki. Do takiej bazy ja dodaję trochę świezo posiekanej pietruszki – jest zielono, aromatycznie i lepiej smakuje. Ale naprawdę tutaj ostrożnie bo nam aromat zielonego zabije sos! W tym miejscu można również dorzucić pieprz (niektórzy polecają młotkowany, ja poprzestałem na świeżo zmielonym) oraz sól. Generalnie doprawianie na talerzu jest dla mnie istotą każdego dania, ale pewna podstwa przypraw musi być.

6. Gdzieś tam po drodze przygotowywujemy makaron. Generalnie szkoła przyrządzania pasty mówi krótko – makaron ma być al dente i do tego ostatnie chwile przed podaniem spędzić wymieszany z sosem! Jeśli makaron gotujemy jednocześnie robiąc sos, wówczas doprowadzamy go do stanu pre-ale-dente i teraz uwaga – podniesienie temperatury śmietany (ogólnie sosu) do temperatury bliskiej gotowaniu czy wrzeniu jest zabójcze (powstaje z sosu coś na kształt kaszanki). Dlatego należy tutaj uważać – nie twierdzę, że za każdym razem należy przelewać makaron zimną wodą (w knajpach nikt tego nie robi, makaron wychodzi gorący z paściarki i jest wrzucany na patelnię), ale zachować należy ostrożność. Jeśli makaron ugotowaliśmy trochę wcześniej to przelejmy go zimną wodą i nie dopuśćmy do sklejania (dlatego też makaron gotuje się z odrobiną oleju)

7. Załóżmy, że makaron czeka na wlanie do sosu. Zatem bierzemy naszą bazę, przekładamy na bardzo mały ogień i  powoli dolewamy bazę do mięska. Koniecznie należy uważać z temperaturą, trzymać sos na ogniu dość krótko i zaraz potem wrzucić makaron (mając na uwadze punkt 5). Przebełtać na szybko i najlepiej od razu podawać.

8. Zasadniczo najczęściej  carbonarę podaje się ze spaghetti, ale równie popularne jest buccatini (grubsze niż spaghetti z dziurką w środku). Niezłe jest też penne – sos wnika do środka i przez to smakuje lepiej (to moje zdanie). Polecane z kolei rigatoni nie do końca do mnie przemawia. Choć jak ktoś chce to może i  conchiglioni użyć. Wszystkim jednakże życzę smacznego.

Share on Facebook
read more

In my defence

Filed Under: Muzyka by Chlebik
paź.30, 2010

Dokonania zespołu Queen znają wszyscy. Mali i duzi, głupi i mądrzy, niezależnie od kontynentu czy kraju wciąż i wciąż gra się ‘We are the champions’ czy ‘Show must go on’. Jednakże Freddie Mercury wydał także szereg znakomitych piosenek, które firmował tylko swoim nazwiskiem. Oto jedna z nich:

Share on Facebook
read more

Dlaczego lubię Królestwo Niebieskie?

Filed Under: Film, Historia, Muzyka by Chlebik
paź.15, 2010

I to wcale nie chodzi o te (rzekomo) istniejące w niebie, gdzie idzie się po śmierci (o ile skutecznie żałuje się za nieskromne praktyki onanistyczne w młodości). Rzecz dotyczy filmu w reżyserii Ridleya Scotta z główną rolą Orlando Blooma. Uprzedzając ironiczne uśmieszki – nie, wcale nie podobają mi się zniewieściali faceci ;)

“Królestwo Niebieskie” jest filmem powstałym na bazie sukcesu “Gladiatora” i tym podobnych produkcji. Przepis na sukces jest dość prosty – weźmy coś z historii Europy, dorzućmy super efekty, niezłą muzyczkę i film w USA zrobi furorę.  Może i jest to trochę upraszczające z mojej strony, ale tak postrzegam większość produkcji tego typu. W czym zatem “Królestwo Niebieskie” jest inne?  Odpowiedź jest krótka – w klimacie i wersji reżyserskiej. Historia jest prosta jak konstrukcja blachowkrętu, rzeczywistość historyczna też trochę nie tego, ale nie wiem dlaczego ten film zawsze powoduje u mnie bardzo ciekawe odczucia estetyczne – coś jest w obrazie połączonym z muzyką Gregsona, oczarowuje, tchnie obietnicą pewnej tajemnicy pustyni, dla nas tym bardziej egzotyczną. Zawsze po seansie czuję się jakbym wrócił z wycieczki na Bliski Wschód – jakże taniej i bezpieczniej niż wyjazdy w tamte rejony.

Drugim powodem, dla którego opisuję “Królestwo Niebieskie” jest wersja reżyserska. Może ja zbyt wiele filmów w takich wersjach nie oglądam, ale to, co zrobił Scott i scenarzysta  Wiliam Monaham (to ten Pan co stworzył też “Infilitrację” ) przechodzi ludzkie pojęcie. Pierwotna wersja filmu była dość naiwna w kilku miejscach i mogła budzić uśmieszek politowania. Wersja reżyserska na początek zadziwia przede wszystkim swoją długością – wersja kinowa to 145 minut, zaś reżyserska to ponad 3 godziny. I w tym momencie szok – dodane sceny sprawiają, że dopiero teraz “Królestwo Niebieskie” zdaje się być filmem trzymającym się kupy. Rozwiązano szereg ciekawych kwestii – jak choćby zawód Baliana (nie był zwykłym kowalem, ale budowniczym maszyn oblężniczych), jego ojciec był starszym bratem władyki rządzącego okolicami gdzie Balian żył. Syn królowej nie przejął władzy, gdyż okazało się, że jest (podobnie jak jego wuj) chory na trąd. Takich szczegółów jest naprawdę dużo i warto zadać sobie trud obejrzenia wpierw wersji kinowej, a potem reżyserskiej. Choćby dla samego efektu jak można całkiem zgrabnie pociąć film, a i tak dalej będzie on całkiem zgrabny.

Na sam koniec rzecz jasna coś filmowego:

Share on Facebook
read more

MUDy czyli kulki kreski na ekranie w wersji drugiej

Filed Under: Gry by Chlebik
paź.02, 2010

Zasadniczo mój rozwój jeśli chodzi o gry komputerowe zatrzymał się gdzieś na poziomie Diablo i Fallouta 2. Zasadniczo brak czasu i znajomość swojej skłonności do uzależnień powstrzymują mnie przed próbami powrotu do grania (a komputer mam dobry jakby się ktoś pytał). Jest jednak jedna gra, w którą przycinam z mniejszymi lub większymi przerwami od wielu wielu lat.

Konkretnie chodzi o MUDa - Arkadię. Pod skrótem MUD kryje się termin Multi User Dungeon – i nazwa ta mówi wszystko za siebie. Jest to gra internetowa, przeznaczona dla wielu graczy, której interfejs bazuje na protokole telnet. Dla niezorientowanych w informatycznych niuansach – gra jest tekstowa. Nie mamy zatem bajeranckiego interfejsu pełnego AJAXowych wodotrysków jak w dzisiejszych grach przeglądarkowych. Co otrzymujemy w zamian? Świat literek, które opisują rzeczywistość. Rozbudowane tereny z najróżniejszymi potworami i to wszystko w czasie rzeczywistym (a tego póki co innego gry przeglądarkowe w większości obecnie nie dają).  Rzecz dzieje się w wyimaginowanym świecie, gdzie jednocześnie współistnieje kraina Isthar, stworzona na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego – czyli tzw. wiedźminland. Za morzem (dosłownie) znajdziemy z kolei  Stary Świat - czyli świat stworzony na potrzeby RPGa Warhammer. Między tymi domenami można się dowolnie poruszać – jeśli zatem chcemy możemy zostać leśnym elfem w lesie Loren, najemnym żołnierzem w Kompanii Gryfa czy oddać się na służbę mrocznym bogom chaosu. Z kolei w Isthar możemy zostać kupcem w Novigradzie, zostać żołnierzem Ochotniczego Hufu Mahakamskiego, czy jako cichy wojownik komanda Scoia’tel ubijać ludzi. Możliwości rozwoju jest całkiem sporo.

Dlaczego zatem (skoro gra jest taka genialna) nie słychać o niej wszem i wobec, a wszyscy wokoło nie klepią kolejnych poziomów? Problemem jest właśnie interfejs tekstowy – granie z tzw. “czystego telnetu” grozi myślami samobójczymi. Masy przelewającego się na ekranie tekstu podczas np. walki są groźne. I tutaj pojawia się konieczność konfigurowania tzw. klienta, czyli programu, który połączy się z Arkadią i to, co gra będzie nam odsyłać ładnie pokoloruje, pozaznacza, a i pozwoli pod 1 przyciskiem umieścić 10 jednoczesnych komend do wykonania. Kiedy opanujemy klienta – jesteśmy w domu.

Twórcy gry nie tak dawno odświeżyli wygląd głównej strony i umieścili tam klienta opartego o Javę, do którego można dodatkowo wgrać własny plik konfiguracyjny (szereg z nich można znaleźć na forum gry). Dzięki temu ruszenie w świat można znacząco przyspieszyć. Więcej informacji zatem można znaleźć na oficjalnej stronie gry , tam też można znaleźć forum, wiki oraz klienta. Na zakończenie screen gry jak wygląda u mnie:

Share on Facebook
read more

Czy fantastyka to naprawdę dalej fantastyka?

Filed Under: Historia, Książki by Chlebik
paź.02, 2010

Podczas niedawnej wizyty w domu rodzinnym zgadaliśmy się z moją rodzoną mamuśką na temat książek. Korzystając z zasłużonej emerytury moja rodzicielka rozpoczęła swoje opus magnum polegające na nadrobieniu zaległości czytelniczych z kilkunastu ostatnich lat. I jakoś tak padło sakramentalne – “A co wy czytacie?”.

Rzecz jasna fantastykę! Moja mama w skrócie wzruszyła ramionami i stwierdziła, że ją nigdy te klimaty nie kręciły. W sumie też rozumiem – mnie też kolejne klony wróżek, elfów ze złym czarnoksiężnikiem na końcu książki nie bawią. Nudzą bym powiedział. Jednakże tutaj odparłem, iż fantastyka fantastyce nierówna – weźmy choćby na warsztat bardzo lubiany przeze mnie cykl Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer. Jego autorem jest Witold Jabłoński – pisarz oraz tłumacz literatury rosyjskiej. Rzecz opowiada dzieje postaci historycznej – Witelona z Borku – średniowiecznego mędrca, naukowca i polityka. Tajemniczość postaci (nawet brak konkretnej daty śmierci) sprawiła, iż Witelon okazał się wdzięcznym bohaterem całego cyklu powieści.

Cały cykl to zasadniczo jeden wielki przegląd historii XIII wieku – poznajemy książąt, kler, rycerstwo oraz historię codziennego zycia na Śląsku i nie tylko. Obserwujemy zmagania polityczne Władysława Łokietka, który z pomocą naszego maga walczył o koronę króla Polski. Taki opis jednakże nie czyni z książki literatury fantastycznej. Czy czyni ją jednakże zabawa z magią głównego bohatera? Diabelskie ingerencje w jego życie? Pojawienie się na scenie osławionego czakramu wawelskiego? Nie wiem. Wiem jednakże, że cały cykł wydała Supernowa, czyli wydawnictwo mające w swoim dorobku wydawniczym pierwszą edycję “Wiedźmina” oraz szereg innych znanych polskich fantastów. “Fantastyka to, czy szatański apokryf?”

Share on Facebook
read more

W muzyce nie chodzi tylko o słowa

Filed Under: Film, Muzyka by Chlebik
wrz.25, 2010

Słucham dużo. Publicznie obnażam się ze słuchawkami w pociągach, metrze, na ulicy, a także namiętnie w pracy.  W domu o ile nie oglądam filmów to muzyka leci zasadniczo cały czas. A czego słucham?

Tutaj lista byłaby długa i szeroka jak Wisła podczas tegorocznych powodzi. Jednakże dziś inspirowany wątkiem na pewnym forum postanowiłem zaprezentować 2 zespoły, które naprawdę znają się na rzeczy. Pierwszym z nich jest X-Ray-Dog, który to jest zespołem/projektem, który tworzy muzykę filmową – do trailerów oraz filmów. Poznałem ich przy okazji filmu Atonement (polski tytuł to Pokuta z Kairą Knightly oraz Jamesem McAvoy). Motyw przewodni moim skromnym zdaniem wbija delikatnie w fotel. Radzę od samego początku pogłośnić, gdyż utwór zrazu cichy z czasem rozwija w potężną rzecz.

Drugim niedawnym odkryciem jest zespół Audiomachine, który zasadniczo zajmuje się dokładnie tym samym co X-Ray-Dog. Ich ostatnim sukcesem jest muzyka do Avatara, a jednak trzeba się zgodzić, że była ona w tym filmie mistrzowsko dobrana do obrazu i budowała napięcie. Zespoł poznałem przez jednego ze znajomych z Facebooka (za co dzięki). Utworek jest śliczny, cytując Drzewca z Władcy Pierścieni – “Its like walking down the hill”

Share on Facebook
read more

Bajka o jaskółce i starym kruku

Filed Under: Filozofia, Książki by Chlebik
maj.08, 2010

A więc oko za oko, ząb za ząb? Krew za krew? A za tę krew, następna krew? Morze krwi? Chcesz świat we krwi utopić? Naiwna, skrzywdzona dziewczyno? Tak chcesz walczyć ze złem, wiedźminko?

Tak. Właśnie tak! Bo ja wiem, czego Zło się lęka. Nie etyki twojej, Vysogoto, nie kazań, nie moralnych traktatów o poczciwym życiu. Zło bólu się lęka, kalectwa, cierpienia, śmierci wreszcie! Zranione Zło wyje z bólu jak pies! Tarza się na podłodze i kwiczy, patrząc, jak krew chlusta z żył i arterii, widząc sterczące z kikutów kości, widząc kiszki wypełzające z brzucha, czując, jak wraz z zimnem nadchodzi śmierć. Wtedy i tylko wtedy Złu włosy dęba stają na łbie i wrzeszczy wtedy Zło: “Litości! Żałuję za grzechy! Dobre już będę i poczciwe, przysięgam! Tylko ratujcie, zatamujcie krew, nie dajcie podle szczeznąć!” [..] Odpłać Złu! Spraw, by wyło z bólu, by od tego wycia pękły mu gałki oczne. I wtedy, popatrzywszy na podłogę, możesz śmiało i pewnie powiedzieć: to, co tutaj leży, już nie skrzywdzi nikogo, nikomu nie zagrozi. Bo jak może komuś zagrozić, nie mając oczu? Nie mając obu rąk? Jak może skrzywdzić, gdy jego flaki włóczą się po piachu, a jucha w ten piach wsiąka?

Andrzej Sapkowski, “Wieża Jaskółki”

Share on Facebook
read more

Will Smith w przepisie na sukcesy filmowe

Filed Under: Film by Chlebik
kwi.20, 2010

Zasadniczo Willa Smitha nie trzeba nikomu przedstawiać – jeden z facetów w czerni, który jak zawsze wciskał odpowiedni przycisk sekundę przed zniszczeniem całej planety. Starsi mogą go pamiętać z puszczanego dawno temu komediowego sitcomu “Bajer w Bel-Air”. Wiedza na temat tego aktora w wielu przypadkach się kończy. Zupełnie zresztą niesłusznie.

Niesłusznie o tyle, iż zasadniczo za cokolwiek się Will weźmie wychodzi mu to dobrze, albo doskonale. Za wspomniany już serial “Bajer w Bel-Air” dostał dwie nominacje do Złotych Globów, a to już o czymś świadczy. Zdarzyło mu się również rapować – tutaj kolejna niespodzianka – zdobył nagrodę Grammy. No już w ogóle nieźle. W skali globu dał się poznać grając w “Dniu Niepodległości” oraz “Facetach w czerni“, którzy okazali się kasowym przebojem i rzecz jasna dokręcono sequel, aby wykorzystać do końca potencjał tytułu jak i aktora (w drugiej części to Smith jest głównym bohaterem, przyćmiewa moim zdaniem Tommy Lee Jonesa).   Możnaby uznać, iż przyszłość będzie jasna – kolejne role w mniej lub bardziej ambitnych komediach, aż w końcu twarz się opatrzy i na kilka lat zniknie z ekranów. Nic z tego! W 2001 roku mamy “Alego”, gdzie rola zupełnie inna – owocująca nominacją do Oskara i bardzo efektywną kreacją. Potem mamy “Ja, robot”, oparty na świecie wykreowanym przez Isaaca Asimova (o nim też pewnie kiedyś napiszę), “Hitch” (bardzo symaptyczna komedia romantycza), czy w końcu “W pogoni za szczęściem” (tego jeszcze nie oglądałem niestety). I tutaj na chwilę się zatrzymamy. Albowiem od tego filmu (jak pamiętam) zaczyna się ciekawy wątek w karierze Smitha.

Pamiętam jak dziś, że przy okazji strajku scenarzystów w USA, w tygodniku “Forum” pojawił się przedruk artykułu dotyczący gwiazd filmowych oraz ich wynagrodzeń. Cloue tego tekstu było takie, iż najlepiej na tym wszystkim wychodzą ci, którzy nie inkasują wielkie gaże za kręcenie filmu, ale procent od zysków. Pamiętam tabele z konkretnymi tytułami wraz z zarobioną forsą – fakty mówiły same za siebie. Co ma do tego Will? Tyle, iż od kilku lat pracuje właśnie w ten sposób – nie bierze za dużo za sam udział w filmie – za to ma zagwarantowany udział w zyskach. To sprawia, że ostrożnie wybiera propozycje, a także stara się jak może. Od tamtego czasu mieliśmy trzy tytuły – “Jestem legendą”, “Hancock” oraz “Siedem dusz”. Tytuły są na tyle świeże, iż każdy może sobie je przypomnieć lub obejrzeć dzięki pobliskiej wypożyczalni DVD. Moim zdaniem nie są to może filmy wybitne, do zapisania złotymi literami w historii kina. Jednakże na tle masy miernych produkcji ostatnich lat wybijają się ponad przeciętność. Na koniec zaś jedna z najbardziej emocjonalnych scen z “Siedmiu dusz”, zresztą ten film polecam każdemu. Jeśli starożytne Katharsis to uczucia po tym filmie, rozumiem dlaczego Grecy stworzyli dramat.

Share on Facebook
read more
« Older Entries
Newer Entries »
  • Kategorie

    • Blog
    • Film
    • Filozofia
    • Gry
    • Historia
    • Książki
    • Kulinaria
    • Life
    • Muzyka
    • Religia
    • Sport
    • Taniec
  • Kalendarzyk

    Luty 2012
    P W Ś C P S N
    « paź    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  
Powered by WordPress. Theme: Motion by 85ideas.
[ Back to top ]