Popularności kreskówek ze stajni Pixar/Disney nie można odmówić popularności. Nie są już prostymi historyjkami dla dzieci, w których efekty specjalne mówią więcej niż scenariusz i wiarygodne postacie. Takie kreskówki ostatnio odchodzą do lamusa – mieliśmy Nemo, mieliśmy Wall-E i mojego ostatniego ulubieńca - Up (polski tytuł to Odlot). Ostatnio natrafiłem jednakże z pomocą filmwebu na inną ciekawą pozycję - Mary and Max.
Kreskówki jakoś nie widziałem intensywniej promowanej w mediach elektronicznych (a tych trochę czytam), wpychana jest zresztą na kinowe ekrany dobrze rok po premierze światowej. Dlaczego? To właśnie jest pytanie, gdyż Mary and Max jest naprawdę śliczną opowieścią o ludzkim życiu, wzlotach i upadkach, niespełnionych ambicjach, a także o konsekwencji tych spełnionych. Mary poznajemy w roku 1975, ma 8 lat, mieszka z matką alkoholiczką i ojcem (pracownikiem fabryki, w której przytwierdza się nitki do torebek z herbatą). Nie ma przyjaciół, ma za to nadwagę, znamię na czole i brak pewności siebie. Max pojawia się na ekranie raptem kilkanaście klatek później – ponad 40letni facet, z lekkim zespołem Aspergera, nadwagą i brakiem przyjaciół (poza wyimaginowanym Mr Ravioli), do tego Żyd-ateista. Efekt? W plastelinowej animacji historia ta nabiera rumieńców, zamieniając się z czasem w realistyczną opowieść o życiu – osiąganiu celów i spełnianiu marzeń. Film jest krótki – raptem niecałe 90 minut – jednakże zupełnie wystarczy, aby każdy z widzów znalazł w tej historii kawałek siebie. Szczerze polecam.
Share on Facebook












