• O blogu
  • rss

Kulturalny Chlebik

Kulturalny Chlebik

Moje kulturalne przemyślenia
  • home
  • Blog
  • Film
  • Filozofia
  • Gry
  • Historia
  • Książki
  • Kulinaria
  • Life
  • Muzyka
  • Religia
  • Sport
  • Taniec

Category: Kulinaria


Schabowy dwa!

Filed Under: Kulinaria
mar.27, 2011

Kilka wpisów temu uraczyłem wszystkich czytelników przepisem na dobre mielone. Drugim najbardziej rozpowszechnionym kotletem w naszym kraju jest nieśmiertelny schabowy. Sam przepis na takowy jest prosty jak konstrukcja gwoździa bez łebka – mięcho, soli i pieprzu, panierka i do przodu. Zazwyczaj w tym właśnie momencie zaczynają się problemy. Stąd też mój dzisiejszy wpis – raz, że jest niedziela (piękny dzień na tradycyjnego schaboszczaka), dwa – ostatnie kilka dni spędziłem na przyrządzaniu tej potrawy w różnych wersjach i zamierzam się podzielić wiedzą na ten temat. Czyli w skrócie - Jak usmażyć schabowego?

1. Zaczynamy rzecz jasna od mięsa (oryginalne, prawda ;) ).  Oczywiście pozostajemy wciąż w domenie wieprzowiny – klasycznego schabowego raczej nikt z cielęciny nie smażył, gdyż była po prostu za droga.  Do rzeczy jednak - schab sam z siebie jest mięsem bardzo delikatnym, ale też przez to suchym. Każdy kto próbował upiec ten typ mięsa wie jak trzeba się momentami napracować, aby wyszedł delikatny i kruchy, a nie wysuszony jak głowa beduina. W przypadku obsmażania schabu jest o wiele łatwiej – smażenie na tłuszczu skutecznie chroni zawartość przed wysuszeniem. Jednakże tym bardziej musimy zadbać o jakość mięsa.

Tak tedy wybieramy się do mięsnego. Wiadomo jak jest – każdy mieszka gdzie indziej, jedni mają pod nosem markety, inni z kolei elegancki targ. Ja mam pod nosem 2 mięsne, w których jak twierdzi moja żona - “Poderwałem wszystkie obsługujące Panie” ;) )  Zdrady nigdy nie planowałem, ale przydaje się takie coś kiedy potrzeba dobrego mięcha lub ominąć długą koleję. Dobry schab to schab mały. Co to znaczy? Otóż najlepszy schab jest od świnki, która jest młoda. Tym samym jeżeli prosimy o pokrojenie schabu na kotlety i widzimy, że dostajemy plastry a la Fred Flinston (i jego steki z brontozaura), to znaczy, że coś jest wybitnie nie tak. Młoda świnia ma schab nieprzerośnięty, niski, kotlety zatem są dość małe. Jest to oznaka dobrego jakościowo schabu – wiadomo, że nie mamy wpływu na to, co zwierzę jadło, ale pierwszy warunek dobrego mięsa został osiągnięty.

2. Schab może zawierać trochę tłuszczyku (ja takie nawet preferuję). Po usmażeniu nadaje fajny posmaczek. Niektóry z kolei usuwają wszystkie tłuste elementy, błony i takie tam. Tutaj pełna dowolność – róbcie co chcecie. Co jednakże kiedy zmuszeni byliśmy kupić schab, który wygląda jakby zdarto go z 30letniego wieprza? I na to jest sposób. Rozbijamy kotlety i najlepiej na całą noc wkładamy je do mleka i hop – do lodówki. Ogólnie moczenie mięs w mleku jest bardzo często występującym procesem mającym na celu jego zmiękczenie i ‘ukruchowienie’ (fajny neologizm).

3. Załóżmy, że mamy mięsko pokrojone na plastry. Co teraz? Ano niektórzy uskuteczniają ponacinanie krawędzi nożem. Ma to powodować, iż schabowy się nam nie kurczy na patelni. Nie stosuję tego rozwiązania, gdyż zasadniczo preferuję schabowe, które są treściwe – nie rozbijam ich nigdy w sposób “kolonijny”, że mięso wygląda jak stara firanka. Oczywiście na ile należy mięso utłuc trzeba wyczuć samemu – jednakże każdy z czasem to wyczuwa. Zbyt mało rozbite mięso po usmażeniu jest po prostu twarde i trzeba je żuć, z kolei “przefirankowane” trudno się panieruje i po obsmażeniu otrzymujemy wysuszone i napite tłuszczem skorupy. Nie jest to nic dobrego.

4. Mamy zatem rozbite mięsko. Teraz solimy je i pieprzymy. Uwaga! Ja lubię potrawy bardziej doprawione, pikantne i z powerem. Jednakże przepieprzenie schabowych to nie jest dobry pomysł. Podczas smażenia pieprz staje się gorzkawy i schabowy nie ma takiego smaku jaki powinien mieć. Pieprz stosować z dużym umiarem! Ja używając świeżo mielonego pozwalam sobie na jedno “przekręcenie” młynka nad każdym kotletem. I tyle. Oczywiście operację solenia i pieprzenia powtarzamy z każdej ze stron (tak samo rozbijanie). 

5. Dochodzimy do najbardziej istotnej rzeczy w przygotowywaniu schabowych. Otóż najistotniejszym etapem jest właśnie smażenie. Głównym celem jest to, aby nasze schabowe miały brązowiutką i chrupiącą skórkę, z drugiej zaś strony by mięsko w środku schabowego pozostało miękkie i delikatne. U mnie zawsze występował problem z tym, iż po pięknym zbrązowieniu jednej strony schabowego, po przewróceniu powstawała mi nie śliczna panierka, ale glajda z przypalonej bułki. Teraz już wiem dlaczego, ale cloue jest proste – to technika smażenia decyduje o jakości schabowego!!!

6. Opiszę teraz wszystkie etapy doprowadzenia schabowego do perfekcji. Zaczynamy zatem od panierowania. By mięso nie przywierało do patelni należy wpierw obtoczyć schabowe w mące. Tworzy to dodatkową chłonną i klejącą warstwę pomiędzy mięsem, a panierką. Następnie wrzucamy kotlet do rozbełtanego jajka z lekkim dodatkiem mleka. Mięsko jest bardziej świeże i ‘chwyta’ panierkę. Dopiero teraz wrzucamy do bułki tartej i obtaczamy bardzo ściśle. Niektórzy preferują podwójne obtaczanie (dwa razy w jajku i bułce). Nigdy tak nie robiłem, gdyż w kotletach preferuję smak mięska, a nie bułki, jednakże jeśli ktoś woli w ten sposób to proszę bardzo. W takiej sytuacji jednakże należy pamiętać, iż proces smażenia będzie dłuższy.

7. Wyciągamy patelnię. Szkoły w tej materii są różne i naprawdę bardzo dużo zależy od odpowiedniej patelni. Nie, inaczej. Nie tyle od patelni, co od naszej znajomości z nią. Należy wiedzieć czy przegrzewa się szybko czy wolno. Czy smażone rzeczy mają tendencję do przywierania. Ja do smażenia stosuję wspomnianą już we wpisie o mielonych patelnię grillową.  Jest duża i bardzo powoli się nagrzewa. Do smażenia używamy dowolnego tłuszczu - schabowe nie lubują się w wysokiej temperaturze smażenia! Zatem spokojnie można użyć oleju – nie powinien się spalić. Przed smażeniem na patelnię sypiemy trochę soli. To również ma na celu zapobieżenie przywieraniu mięsa do patelni.

8. Odpalamy ciepło, nagrzewamy patelnię z tłuszczem na niej. Wspomniałem, że schabowe nie lubią wysokiej temperatury! To nie odnosi się do pierwszego wrzucenia koteletów na patelnię. Tłuszcz powienien być bardzo gorący – kładziemy na nim mięsko i teraz odliczamy mniej więcej 2-3 minuty (zależy od patelni i ostrości ognia). Po tym obracamy schabowe na drugą stronę! Czemu w ten sposób? Otóż jeżeli zostawimy kotlety na jednej stronie i będziemy doprowadzać je do pięknej, brązowej panierki, wówczas tłuszcz oraz wilgoć, którą puszcza nasze mięso sprawią, że druga strona kotleta (ta, która jest na wierzchu) po prostu się rozpłynie, tutdzież zmieni w rozbełtane coś. Po przewróceniu tego czegoś na tłuszcz powstaje glajda z przypalonej i niedosmażonej bułki i żadne cuda i czary-mary nie pomagają.  Stąd jeszcze raz – schabowe obracamy kiedy tylko panierka na tłuszczu przybierze lekko złotawy kolor. Po obróceniu możemy zmniejszyć trochę grzanie, albo zostawić je przez minutę na bardzo wysokich obrotach, aby druga strona też chwyciła. Po tej operacji skręcamy ogień na najmniejszy możliwy! I teraz mamy ładnych parę minut, zanim panierka stanie się pięknie brązowa i chrupiąca (sprawdzamy to co jakiś czas). Kiedy  widać, że kotlety z jednej strony mają dość – przewracamy je na drugą stronę i też pięknie zbrązowiamy. I tyle. Być może po drodze trzeba będzie dodać tłuszczu (panierka chłonie), zatem by nic się fizycznie nie przypaliło z braku tłuszczu należy na to uważać.

9. Na sam koniec dwie sugestie lub porady. Bardzo często zaleca się by smażenie przeprowadzać z ćwiartkami cebuli smażonymi razem z kotletami. Przynajmniej na początku kiedy doprowadzamy panierkę do stanu używalności. Nadaje to specyficzny smak oraz przede wszystkim chroni tłuszcz przed przypaleniem, gdyż cebula puszcza sporo wody i tym samym obniża temperaturę tłuszczu. Po tych powiedzmy mniej więcej 4 minutach możemy te ćwiartki wyrzucić. Drugą sprawą jest podduszanie schabowych. Niektórzy takowe preferują, inni nie. Konkretnie chodzi o dodanie trochę wody w końcowym etapie smażenia. Panierka przez to robi się trochę ‘zawilgocona’ i mniej chrupiąca, powstaje też przy okazji coś na kształt pseudo-tłuszczo-sosu, którym niektórzy uwielbiają polać delikatnie np. ziemniaki podawane do kotleta. Fakt, dobre to jest, choć wątroba zazwyczaj twierdzi co innego. Wracając do rzeczy – taki sposób smażenia jest bardzo skuteczny w przypadku, kiedy schabowe smażymy ‘na zapas’ i będą one odgrzewane później. Dotyczy to zarówno odgrzewania w mikrofali jak i choćby w piekarniku podczas imprezy gdzie mamy do odgrzania 30 sztuk schabowego. Wtedy tak przyrządzone kotlety będą o wiele lepiej smakowały niż takie z chrupiącą bułeczką. Te drugie z kolei najlepiej podawać od razu po usmażeniu.

No to dziś chyba wszystko. Życzę wszystkim smacznego – mój schab już na mnie czeka w kuchni.

Share on Facebook
read more

Mielony raz!

Filed Under: Kulinaria
sty.15, 2011

Tak mnie właśnie ostatnio naszło na klasycznego mielonego. Kojarzy się on większości Polaków z mięsopodobnym wyrobem serwowanym w przydrożnych barach i szkolnych stołówkach. Niesłusznie – zrobienie dobrego mielonego jest prawdziwą sztuką i dzisiaj o jej uprawianiu napiszę kilka słów.

Jak to z każdym daniem składającym się z mięsa połowa sukcesu to właśnie odpowiednie mięso.  Moim zdaniem dobrowolne jedzenie kurczaka to prawie samobójstwo (można w nich znaleźć przekrój przez tablicę Mendelejwa i kilka ciekawych hormonów). Mielona wołowina z kolei to domena burgerów obsmażanych bez panierek i takich tam – to temat na inny wpis. Dlatego też na swoje mielone wybrałem mięso wieprzowe. Też jest w nim dużo śmiecia, ale z całą pewnością mniej niż w drobiu. Mięso rzecz jasna mielimy sami, albo też dajemy do zmielenia w pierwszym lepszym mięsnym. Kupowanie gotowego mięsa w plastikowych opakowaniach to jak paluszki rybne w Boże Narodzenie. Innymi słowy – porażka.

Typ mięsa (tłustsza karkówka, czy może bardziej sucha łopatka ) zależy od nas. Jednemu pasuje to, innemu co innego. Ja najczęściej używam właśnie łopatki, ale dla polepszenia smaku dodaję ok. 10-20% wędzonego surowego boczku. Dzięki niemu mięsko zyskuje ciekawszy smak i nie jest suche. Mięsko mielimy najlepiej dwa razy na drobnym sicie. Niektórzy stosują metodę jednoczesnego mielenia przypraw czy czosnku razem z mięsem – ja jestem zwolennikiem tradycyjnego mieszania zatem nie mam w tej materii doświadczenia.

Teraz po kolei:

1. Zmielone mięsko doprawiamy solą i pieprzem. Oddzielnie kroimy na drobniutkie kawałeczki cebulę. Niektórzy ją szatkują na bardzo drobno, ja z kolei preferuję ciutkę większą kostkę. Grunt to zalecenie, aby cebuli nie pozostawić w zbyt dużych kawałkach – wówczas będzie problem z odpowiednim zmieszaniem tejże cebuli z mięsem.  Szklimy posiekane warzywo na tłuszczu. Ja dodaję do tej mieszanki zmiażdżony czosnek. Jednakże to już kwestia indywidualna – ja bardzo lubię wyraziste przyprawy i smaki zatem nie trzeba się sugerować. Mieszaninę pozostawiamy do wystygnięcia. 

2. Wrzucamy cebulę z czosnkiem do mięsa. Dorzucamy 1 jajo. Zasadniczo 1 sztuka starcza na pół kilo mięsa. Jeżeli damy za dużo jaj wówczas kotlety będą zbite i tym samym w pełni zasłużą na swoje żołnierskie określenie – tzw. granaty.

3. Ja w tym miejscu do mięska wrzucam również majeranek, bazylię, oregano i zioła prowansalskie. Co kto lubi, ja ziół wrzucam dużo. Do tego ciutkę świeżo posiekanej naci pietruszki. Byłem przerażony jak dowiedziałem się (po przyjeździe na studia), że mielonego w tym mieście to się w sumie nie przyprawia. Koszmar.

Mieszamy to wszystko bardzo intensywnie (dobre 5 minut). Jeżeli ktoś lubi to może takowe mięsko spróbować i ocenić czy potrzeba więcej przypraw czy soli. Istnieje ryzyko, że w mięsie znajdują się jaja pasożytów i jedząc surowe mięso dajemy im szansę na rozwój. Cóż, jest to i prawda, ale jakoś moja babcia, która mnie uczyła robić mielone całe życie próbowała surowego mięcha i nic nigdy nie złapała. Obecnie ma 91 lat i wciąż świetne wyniki zdrowotne.  Róbcie co chcecie. 

4. Mięsko przykrywamy i odstawiamy do lodówki. Ja staram się by to “przegryzanie się” trwało długo – często nawet całą noc. Na dobre kilka godzin przed smażeniem wyjmujemy mięso z lodówki, aby wróciło do temperatury pokojowej – dzięki temu łatwiej ocenić smak. Również dopiero w tym momencie dokładamy do mięsa namoczoną w mleku bułkę. Im dłużej mięso stojące w lodówce zawiera w sobie bułkę tym trudniej potem sprawić, aby podczas smażenia kotlety trzymały się kupy. Dlatego jeśli planujesz dłuższe odstawienie mięsa na bok to nie radzę dodawać bułki!!!

5. Mieszamy to wszystko dodając w ramach potrzeby przypraw czy soli i pieprzu. Inaczej smakuje pieprz dodany poprzedniego dnia, a inaczej taki, który właśnie świeżo zmieliliśmy; podobnie rzecz ma się z nacią pietruszki czy innymi przyprawami.

6. Formujemy kotlety. Generalnie lepiej, aby były bardziej płaskie niż wysokie (szybciej się usmażą). Z mojego doświadczenia wynika, że optymalny mielony ma trochę mniej niż 10 dag. Nie jest za duży, ani za mały, nie rozpada się łatwo na patelni. Kotlety obtaczamy w bułce tartej i lecimy z tym koksem.

7. Ja do smażenia takich ilości zazwyczaj stosuję patelnię grillową. Potężny kawał żeliwa, ma bardzo grube dno, nagrzanie patelni trochę trwa, ale kosmicznie fajnie się na niej smaży. Wrzucam tłuszcz (smalec oczywiście) i doprowadzam prawie do wrzenia. Tak ma być! Jeżeli tłuszcz będzie zbyt chłodny to kotlety będą przywierać. Dlatego też pierwszą partię kładziemy na wrzący tłuszcz, po czym skręcamy trochę ogień. Z jednej strony smażymy około 3 minut. Oczywiście jeśli skórka nie zrobiła się zrumieniona i chrupiąca to można je jeszcze potrzymać, ale główną zasadą smażenia mielonych jest to, aby nie przekręcać ich ze strony na stronę! Mielony smażymy z jednej strony, po czym przerzucamy na drugą – smażymy też na gorącym tłuszczu (zaraz przed obróceniem można zwiększyć ogień) mniej więcej tyle samo czasu. Niektórzy stosują przykrywanie patelni pokrywką i w ten sposób przyspieszają proces smażenia. Nigdy nie potrzebowałem takiego rozwiązania zatem nic ciekawego o nim nie napiszę.

8. By kotlety nie przywierały do patelni można do tłuszczu (kiedy się go rozpuszcza) dodać soli. Zapobiega to ponoć przywieraniu smażonego mięsa (stosuje się też do schabowego). Drugim ciekawym rozwiązaniem jest dodanie podczas smażenia ćwiartek cebuli. Podsmażając je uwalniamy zgromadzoną w nich wodę, dzięki czemu tłuszcz nie spali się tak szybko, kotlety będą ciutkę bardziej miękkie no i aromat też niczego sobie.

9. Smaczego!

Share on Facebook
read more

Pierwszy wpis kulinarny – czyli carbonara w ofensywie

Filed Under: Kulinaria, Life
lis.06, 2010

Generalnie lubię gotować. Nawet bardzo lubię. Uczyłem się tego w 2 totalnie różnych miejscach – pierwszym był domek mojej babci i spędzane tam weekendy oraz wakacje.  Jest to również powód, dla którego na pewno będę miał coś na kształt pieca na drzewo kiedy już zbuduję sobie domek. Drugim miejscem była resturacja gdzie pracowałem jako kelner. Możnaby zadać pytanie jak będąc kelnerem można nauczyć się gotować ciekawe rzeczy, zaś odpowiedź jest prosta – knajpa ta miała otwartą kuchnię, zatem na to, co robią kucharze można było sobie jawnie popatrzeć. I takie zmieszanie zupełnie 2 styli – tradycyjnej polskiej kuchni i international cuisine jakoś tak we mnie żyje i daje o sobie znać. Dziś zatem pierwszy wpis kulinarny – będzie o prostej i smacznej rzeczy jaką jest carbonara.

Pewnie nie raz mieliście okazję zdziwić się kiedy rozmawialiście z kimś np. o bigosie. Jak to nie dodajesz do bigosu suszonych śliwek? Przecież to profanacja! Nie no śliwek nie daję, ale dolewam trochę wina. Przecież tak się nie robi! Tjaaa, tak samo jest z carbonarą. Zasadniczo podstawowa wersja tego sosu (podaję za Wiki) składa się z:

- pecorino romano - czyli twardego owczego sera

- guanciale - włoski niewędzony bekon

- jaj i pieprzu

Tyle mówi Wikipedia. Zasadniczo byłem świadkiem dziesiątek dyskusji czy na pewno do carbonary dodaje się w ogóle śmietanę, ktoś tam dowodził, że do carbonary daje się tylko ser, a z kolei Maciej Kuroń prezentuje przepis na carbonarę z użyciem mascarpone (kiedyś pewnie spróbuję). Niektórzy też dodają do sosu grzyby, czasem warzywa i ogólnie jest z tego dużo zamieszania. Zatem jeśli kiedykolwiek będziecie świadkami kłótni o ‘prawdziwą carbonarę’ to możecie błysnąć wiedzą.

Ja w swojej carbonarce pozostałem dość konserwatywny, jednakże użyłem polskich składników rzecz jasna (do Almy mogę się przejść po comber z sarny, a nie po ser ).  Jedzonko przygotowywałem dla siebie i żony zatem wszystkie składniki są dla 2 osób. Do robienia sosu i potem mieszania go z makaronem użyłem swojego woka – jest bardzo duży (wszystko się mieści), żeliwny (ślicznie się w nim gotuje) i sprawia odpowiednie wrażenie.

1. Bierzemy kilka ząbków czosnku i rozgniatamy je – mieszamy je z niewielką ilością oleju. Wrzucamy to na patelnię i na bardzo małym ogniu pozwalamy się mu ogrzać i oblepić całą powierzchnię patelni (należy uważać by nie przypalić czosnku)!

2. Wrzucamy na patelnię drobno pokrojony boczek! Ma to o tyle znaczenie, że szybciej zrobi się miękki, puści własny tłuszcz i cały sos będzie bardziej esensjonalny. Kiedy podsmażymy go wystarczająco dorzucamy drobno posiekaną cebulę. Dalej mieszamy i czekamy aż cebula dojdzie, można po drodze dosypać soli – carbonara jako dość tłusty sos potrzebuje całkiem sporo soli, aby nie być mało wyrazista (paskudnie wtedy smakuje).  Jeżeli boczek i cebula są już OK, wówczas odlewamy wodę/tłuszcz z patelni! Jest to bardzo istotne – bardzo często kucharze zostawiają pewną część tej brei i wówczas śmietana nie potrafi się z tłuszczem zmieszać – wygląda to cokolwiek nieapetycznie i tak też smakuje.

3. Dorzucamy trochę oregano/rozmarynu/ziół prowansalskich na patelnię (co kto preferuje, można ten etap pominąć). Trzymamy przyprawy troszeczkę na ogniu (podgrzewamy je) – wydobywa to ich aromat i zapach, ale należy uważać by ich nie przypalić! Nie ma nic gorszego niż spalone przyprawy. 

4. Odstawiamy taką bazę na bok precz z ognia. Dajemy 10 minut na ostygnięcie. Po czym należy dodać trochę śmietany i zamieszać. Ja do tego opus magnum użyłem deserowej śmietanki 30% z Mlekovity. Generalnie łatwo ją wszędzie dostać i jest całkiem niezła. Na porcję dla 2 osób najbezpieczniej jest użyć całe małe opakowanie – bodajże 375ml.  Dodam, że najlepiej trzymać opakowanie wcześniej poza lodówką by śmietanka nabrała temperatury pokojowej – jakiekolwiek szoki termiczne są dla śmietany na dłuższą metę zabójcze. Dolanie tej niewielkiej ilości i wymieszanie spowoduje, że śmietana przejdzie ‘carbonorowatością’.  Dajemy temu kilka minut na postanie i dalsze stygnięcie.

5. Teraz kilka słów o bazie sosu – tutaj dzieją się cuda. Resztkę śmietanki należy wymieszać z 2 żółtkami (niektórzy polecają dodawanie całych jaj, ja wolę żółtka) . Rozbełtujemy to razem i w tym momencie dodałem również bardzo drobno starty żółty ser. Generalnie można sobie zakupić jakiś włoski czy francuski wynalazek – zasadniczo polecany jest jakiś intensywny w smaku ser – moim zdaniem nie jest to dobre rozwiązanie, gdyż jeśli choć trochę przesadzimy z ilością to zabije on swoim aromatem cały sos. Ja dodałem trochę zwykłego Barona Ostrołęckiego (nie pytajcie mnie kto wymyślił tą nazwę, ale ser jest całkiem smaczny – kupuję go w sklepie koło swojej roboty na Powiślu). Drobne starcie jest ułatwieniem – nie trzeba czekać długo aż ser się rozpuści, co również eliminuje zagrożenie przeciągnięcia sosu i zrobienia z niego kaszki. Do takiej bazy ja dodaję trochę świezo posiekanej pietruszki – jest zielono, aromatycznie i lepiej smakuje. Ale naprawdę tutaj ostrożnie bo nam aromat zielonego zabije sos! W tym miejscu można również dorzucić pieprz (niektórzy polecają młotkowany, ja poprzestałem na świeżo zmielonym) oraz sól. Generalnie doprawianie na talerzu jest dla mnie istotą każdego dania, ale pewna podstwa przypraw musi być.

6. Gdzieś tam po drodze przygotowywujemy makaron. Generalnie szkoła przyrządzania pasty mówi krótko – makaron ma być al dente i do tego ostatnie chwile przed podaniem spędzić wymieszany z sosem! Jeśli makaron gotujemy jednocześnie robiąc sos, wówczas doprowadzamy go do stanu pre-ale-dente i teraz uwaga – podniesienie temperatury śmietany (ogólnie sosu) do temperatury bliskiej gotowaniu czy wrzeniu jest zabójcze (powstaje z sosu coś na kształt kaszanki). Dlatego należy tutaj uważać – nie twierdzę, że za każdym razem należy przelewać makaron zimną wodą (w knajpach nikt tego nie robi, makaron wychodzi gorący z paściarki i jest wrzucany na patelnię), ale zachować należy ostrożność. Jeśli makaron ugotowaliśmy trochę wcześniej to przelejmy go zimną wodą i nie dopuśćmy do sklejania (dlatego też makaron gotuje się z odrobiną oleju)

7. Załóżmy, że makaron czeka na wlanie do sosu. Zatem bierzemy naszą bazę, przekładamy na bardzo mały ogień i  powoli dolewamy bazę do mięska. Koniecznie należy uważać z temperaturą, trzymać sos na ogniu dość krótko i zaraz potem wrzucić makaron (mając na uwadze punkt 5). Przebełtać na szybko i najlepiej od razu podawać.

8. Zasadniczo najczęściej  carbonarę podaje się ze spaghetti, ale równie popularne jest buccatini (grubsze niż spaghetti z dziurką w środku). Niezłe jest też penne – sos wnika do środka i przez to smakuje lepiej (to moje zdanie). Polecane z kolei rigatoni nie do końca do mnie przemawia. Choć jak ktoś chce to może i  conchiglioni użyć. Wszystkim jednakże życzę smacznego.

Share on Facebook
read more
  • Kategorie

    • Blog
    • Film
    • Filozofia
    • Gry
    • Historia
    • Książki
    • Kulinaria
    • Life
    • Muzyka
    • Religia
    • Sport
    • Taniec
  • Kalendarzyk

    Luty 2012
    P W Ś C P S N
    « paź    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  
Powered by WordPress. Theme: Motion by 85ideas.
[ Back to top ]