• O blogu
  • rss

Kulturalny Chlebik

Kulturalny Chlebik

Moje kulturalne przemyślenia
  • home
  • Blog
  • Film
  • Filozofia
  • Gry
  • Historia
  • Książki
  • Kulinaria
  • Life
  • Muzyka
  • Religia
  • Sport
  • Taniec

Category: Historia


Coś się kończy, ale nic nie zaczyna.

Filed Under: Film, Historia, Life
mar.12, 2011

Chyba każdy człowiek wykształcony, oczytany, umiarkowanie korzystający z dóbr kultury napotkał w swoim życiu moment, w którym zdarzyło się mu żałować, iż nie urodził się w troszeczkę innych czasach. Przynajmniej zaś – w czasach odmalowywanych przez kulturę, w której uczestniczymy. Kto nie chciał przenieść się czasem do Śródziemia i zakrzyknąć w karczmie: “Piwa gospodarzu!”. Albo też usiąść w zdobionej ciężkimi meblami i świecznikami  jadalni by w scenografii XIX wieku pokonwersować z Freudem o jego teoriach? Mamy ten sentyment do czasów byłych, do rzeczy które nas ominęły, a ich współczesne próby wskrzeszenia (nieraz spektakularne), najczęściej kojarzą się z zabawą dla małych chłopców, albo ze snobistycznymi marzeniami.

Do takich przemyśleń nakłonił mnie film “Ostatnia audycja” (Praire House Companion), gdzie i kilka gwiazdek się znajdzie (Roberta Altmana jako reżysera nie wspomnę), jednakże sam film – o ostatniej audycji teatralno-radiowego show tak naprawdę jest o niczym. O w sumie przepraszam! Opowiada o końcu – pewnej epoki, zarówno dla bohaterów filmu, ale też pozostawia widza w smutnym nastroju, że coś mu uciekło i już nie powróci.  Filmweb streszcza obraz krótko:

Rozgłośnia radiowa WLT zostaje sprzedana pewnej firmie w Teksasie. Po 32 latach zakończy się nadawanie najpopularniejszej audycji tej rozgłośni. Show zatytułowane “A Prairie Home Companion” a prowadzone przez Garrisona Keillora ukaże się ostatni raz. Program ma być na żywo i z udziałem radiosłuchaczy. Zebrani w radiowym studio fani nie wiedzą, że jest to ostatnia audycja. Śpiewający kowboje, Dusty i Lefty, siostry Yolanda i Rhonda dają z siebie wszystko w swej ostatniej audycji.

Obejrzyjcie, ale nie po zalatanym dniu, bynajmniej nie w rzęsiście oświetlonym pokoju, najlepiej w ciszy, z lampką wina w dłoni. Bo coś odejdzie i raczej na pewno nie wróci.

Share on Facebook
read more

Dlaczego lubię Królestwo Niebieskie?

Filed Under: Film, Historia, Muzyka
paź.15, 2010

I to wcale nie chodzi o te (rzekomo) istniejące w niebie, gdzie idzie się po śmierci (o ile skutecznie żałuje się za nieskromne praktyki onanistyczne w młodości). Rzecz dotyczy filmu w reżyserii Ridleya Scotta z główną rolą Orlando Blooma. Uprzedzając ironiczne uśmieszki – nie, wcale nie podobają mi się zniewieściali faceci ;)

“Królestwo Niebieskie” jest filmem powstałym na bazie sukcesu “Gladiatora” i tym podobnych produkcji. Przepis na sukces jest dość prosty – weźmy coś z historii Europy, dorzućmy super efekty, niezłą muzyczkę i film w USA zrobi furorę.  Może i jest to trochę upraszczające z mojej strony, ale tak postrzegam większość produkcji tego typu. W czym zatem “Królestwo Niebieskie” jest inne?  Odpowiedź jest krótka – w klimacie i wersji reżyserskiej. Historia jest prosta jak konstrukcja blachowkrętu, rzeczywistość historyczna też trochę nie tego, ale nie wiem dlaczego ten film zawsze powoduje u mnie bardzo ciekawe odczucia estetyczne – coś jest w obrazie połączonym z muzyką Gregsona, oczarowuje, tchnie obietnicą pewnej tajemnicy pustyni, dla nas tym bardziej egzotyczną. Zawsze po seansie czuję się jakbym wrócił z wycieczki na Bliski Wschód – jakże taniej i bezpieczniej niż wyjazdy w tamte rejony.

Drugim powodem, dla którego opisuję “Królestwo Niebieskie” jest wersja reżyserska. Może ja zbyt wiele filmów w takich wersjach nie oglądam, ale to, co zrobił Scott i scenarzysta  Wiliam Monaham (to ten Pan co stworzył też “Infilitrację” ) przechodzi ludzkie pojęcie. Pierwotna wersja filmu była dość naiwna w kilku miejscach i mogła budzić uśmieszek politowania. Wersja reżyserska na początek zadziwia przede wszystkim swoją długością – wersja kinowa to 145 minut, zaś reżyserska to ponad 3 godziny. I w tym momencie szok – dodane sceny sprawiają, że dopiero teraz “Królestwo Niebieskie” zdaje się być filmem trzymającym się kupy. Rozwiązano szereg ciekawych kwestii – jak choćby zawód Baliana (nie był zwykłym kowalem, ale budowniczym maszyn oblężniczych), jego ojciec był starszym bratem władyki rządzącego okolicami gdzie Balian żył. Syn królowej nie przejął władzy, gdyż okazało się, że jest (podobnie jak jego wuj) chory na trąd. Takich szczegółów jest naprawdę dużo i warto zadać sobie trud obejrzenia wpierw wersji kinowej, a potem reżyserskiej. Choćby dla samego efektu jak można całkiem zgrabnie pociąć film, a i tak dalej będzie on całkiem zgrabny.

Na sam koniec rzecz jasna coś filmowego:

Share on Facebook
read more

Czy fantastyka to naprawdę dalej fantastyka?

Filed Under: Historia, Książki
paź.02, 2010

Podczas niedawnej wizyty w domu rodzinnym zgadaliśmy się z moją rodzoną mamuśką na temat książek. Korzystając z zasłużonej emerytury moja rodzicielka rozpoczęła swoje opus magnum polegające na nadrobieniu zaległości czytelniczych z kilkunastu ostatnich lat. I jakoś tak padło sakramentalne – “A co wy czytacie?”.

Rzecz jasna fantastykę! Moja mama w skrócie wzruszyła ramionami i stwierdziła, że ją nigdy te klimaty nie kręciły. W sumie też rozumiem – mnie też kolejne klony wróżek, elfów ze złym czarnoksiężnikiem na końcu książki nie bawią. Nudzą bym powiedział. Jednakże tutaj odparłem, iż fantastyka fantastyce nierówna – weźmy choćby na warsztat bardzo lubiany przeze mnie cykl Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer. Jego autorem jest Witold Jabłoński – pisarz oraz tłumacz literatury rosyjskiej. Rzecz opowiada dzieje postaci historycznej – Witelona z Borku – średniowiecznego mędrca, naukowca i polityka. Tajemniczość postaci (nawet brak konkretnej daty śmierci) sprawiła, iż Witelon okazał się wdzięcznym bohaterem całego cyklu powieści.

Cały cykl to zasadniczo jeden wielki przegląd historii XIII wieku – poznajemy książąt, kler, rycerstwo oraz historię codziennego zycia na Śląsku i nie tylko. Obserwujemy zmagania polityczne Władysława Łokietka, który z pomocą naszego maga walczył o koronę króla Polski. Taki opis jednakże nie czyni z książki literatury fantastycznej. Czy czyni ją jednakże zabawa z magią głównego bohatera? Diabelskie ingerencje w jego życie? Pojawienie się na scenie osławionego czakramu wawelskiego? Nie wiem. Wiem jednakże, że cały cykł wydała Supernowa, czyli wydawnictwo mające w swoim dorobku wydawniczym pierwszą edycję “Wiedźmina” oraz szereg innych znanych polskich fantastów. “Fantastyka to, czy szatański apokryf?”

Share on Facebook
read more

Kto chętny do grania roli boga?

Filed Under: Historia, Książki, Religia
kwi.14, 2010

Religia to sprawa dość poważna. Pomijając już kwestie, czy ktoś jest wierzący, bądź nie. Odrzucając zbędny mistycyzm i machając brzytewką pana Ockhama najczęściej wychodzi na to, iż religia jest wytworem kultury, wynikającym z szeregu cech przynależnych ludzkiemu gatunkowi. Jednakże dziś będzie o czymś innym.

Odejście z kościoła (niezależnie od prowieniencji) jest dość radykalnym posunięciem – zwłaszcza jeśli nie jest cichutkim “wierzący, ale nieprkatykujący”, ale oficjalnym spotkaniem z hierarchią kościelną by dokonać aktu apostazji. Jednakże jeszcze bardziej szokującym wydarzeniem jest opuszczenie kościoła przez jednego z kapłanów – duchownych, którzy zostali rzekomo powołani do wskazywania wiernym drogi. Najbardziej znanym w Polsce apostatą jest pewnie Roman Kotliński, obecnie naczelny tygodnika “Fakty i mity”, którego książki “Byłem księdzem” zajmowały pierwsze miejsca na listach bestsellerów. Ja z kolei opowiem o trochę innym przypadku – o tyle ciekawym, iż dzięki niemu powstało dzieło (moim rzecz jasna subiektywnym zdaniem) wybitne. Panie i Panowie oto Jack Miles.

Cisza zapadła bo i nazwisko szerokim echem w mediach się nie obija. Jack Miles jest byłym duchownym, konktretniej jezuitą, który wystąpił z tego zgromadzenia zakonnego. Jezuici jak to przystało na zakon powołany do walki z herezją, stara się posiadać w swoich szeregach ludzi wykształconych, zatem w przypadku naszego bohatera nie było inaczej. Jest on bowiem specjalistą – lingwistą – ze szczególnym uwzględnieniem  starożytnych języków bliskowschodnich. Dzięki temu czytanie  biblii w języku oryginalnym (lub późniejszych jej przekładów na grekę, czy łacinę ) nie stanowi dla niego problemu. Swoje przemyślenia na temat starego testamentu wyłożył w napisanej przez siebie książce “Bóg. Biografia”, za którą otrzymał nagrodę Pulitzera w roku 1996.

Czy można patrzeć na boga nie jak na “Boga”, ale jak na bohatera największego bestsellera wszechczasów? Czy da się przeprowadzić literacką analizę jego poczynań? Czy takie podejście jest w ogóle możliwe? Okazuje się, że można. Miles omawia po kolei wszystkie księgi starego testamentu w kolejności akceptowanej przez Żydów. Okazuje się bowiem, iż kanon pism starego testamentu jest różny dla katolików i Żydów. Podejście tych drugich jest uznawane przez autora książki za słuszne – księgi są umieszczone niekoniecznie w ciągu chronologicznym, za to o wiele ciekawiej pokazują ewolucję boga, albo też dominację kolejnych jego wcieleń. Tak! Kolejnych wcieleń. Posiłkując się wiedzą historyczną oraz znajomością starożytnych kultur, Jack Miles wskazuje na różne twarze istoty, którą zwykliśmy nazywać “Bogiem”.

Odnajdujemy w niej zarówno Tiamat, Baala czy Zoroastera. Słyszymy echa walk między nimi, próby samopoznania boga, jego reakcje na zachowania jego wyznawców, ale też na czyny, które popełnił sam. Prawie 500 stron lektury pozostawia u czytelnika wrażenie, że tak naprawdę to boga powinno się zamknąć w zakładzie dla obłąkanych. Może i przewidując taki rozwój wypadków, sam zainteresowany umilkł na dobre kilkanaście ksiąg przed końcem starego testamentu. Jestem również przekonany, iż każdy odkryje jak naprawdę wygląda sprawa z księgą, którą kilkaset milionów ludzi na świecie uznaje za świętą. Bowiem w obliczu wywodu Jacka Milesa możemy co najwyżej otworzyć z wrażenia usta i powiedzieć WOOOW. Perły przed wieprze, naprawdę. Szkoda tylko, że tych pereł trzeba szukać w antykwariatach, naprawdę szkoda.

Share on Facebook
read more

Drugi Katyń

Filed Under: Historia
kwi.10, 2010

Nie jestem zwolennikiem PiSu, prezydenta Kaczyńskiego i szeregu innych ludzi. Nie płakałem po papieżu, nie paliłem onetowych świeczek na GG.  Jednakże dzisiejsze wydarzenie nie ma odpowiednika w historii, a już na pewno w historii Polski. Dlatego kreślę tych kilka słów, bo wydarzenie jest historyczne i jako takie zasługuje na wspomnienie.

Share on Facebook
read more

Ocenzurujmy Casablankę

Filed Under: Film, Historia
kwi.09, 2010

W świetle takiego filmu jak Avatar, oglądanie czarno-białych filmów może wydawać się albo dziwactwem, bądź też przesadnym snobizmem. Cóż poradzić, że jeden z nich jest tak bardzo popularny, a co więcej bardzo mi się podoba.

O Casablance słyszeli chyba wszyscy (pomijając dresów i innych neandertalczyków). Historia niespełnionej miłości Ricka i Ilsy w wojennej rzeczywistości marokańskiego miasta – podbiła serca widzów na całym świecie, oraz zapewniła sobie miano kultowej. Jednakże to o nie tym dziele dzisiejszy wpis. Otóż przy okazji lektury materiałów dotyczących filmu, natrafiłem na bardzo ciekawy dokument. Jest nim Kodeks Haysa, który “obowiązywał” w latach 1930-1968. Umieszczenie słowa obowiązywał w nawiasach sugeruje pewną umowność owego dokumentu – były to bowiem wytyczne cenzorskie, które miały/powinny przestrzegać wytwórnie filmowe. Konkretnie chodziło o niepokazywanie w filmach zwycięstw odnoszonych przez złe postaci, unikanie moralnej pochwały dla zła i tego typu zapisy. To rzecz jasna automatycznie wykluczało pokazywanie nagości, używania narkotyków, czy naśmiewania się z czyjejkolwiek religii. Obowiązywanie kodeksu trwało całkiem długo, a jego ostateczne porzucenie zbiegło się w czasie z rewolucją obyczajową. Spadkobiercą kodeksu jest system ocen filmów, który wprowadziła MPAA (Motion Pircure Association of America) by wskazywać filmy o wysokiej zawartości przemocy czy nagości – z pewnymi zmianami obowiązuje on do dziś.

Share on Facebook
read more

Wybór Zofii, a sprawa Polska

Filed Under: Film, Historia
mar.16, 2010

Amerykanie jako naród na wojnach (przynajmniej tych zwanych światowymi) wycierpieli nie aż tak dużo. Pomijając Pearl Harbor – gdzie po prostu wystrzelano/zbombardowano ich jak kaczki, to na pewno nie doświadczyli obozów zagłady i pernamentnego państwa policyjnego.

Mimo tego faktu prawdą jest, że o bohaterstwie żołnierzy spod znaku 50 gwiazdek powstały dziesiątki filmów, książek i cholera wie czego jeszcze. Z definicji ocierają się one o banał, albo łzawe historie (przynajmniej te, które miałem okazję oglądać), ale ostatnio obejrzałem film, który pokazał wojnę (konkretnie drugą światową) od zupełnie innej strony i w totalnie innej scenerii, niż wszystkie inne. Wybór Zofii to jeden z najważniejszych filmów w karierze Meryl Streep – dostała Oskara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Obraz o którym piszę powstał w roku 1982 – zatem wiele lat po wojnie – na podstawie powieści Williama Styrona, reżyserią zaś zajął się Alan J. Pakula.

Film opowiada historię Zofii Zawistowskiej – Polki, córki krakowskiego profesora, która straciła swoją rodzinę w Oświęcimiu. Poznajemy ją dzięki młodemu pisarzowi Stingo, który wprowadził się do domu zamieszkiwanego przez Zofię. Jednego z wieczorów zaraz po przeprowadzce nocny hałas wyciąga Stingo na schody, gdzie jego oczom ukazuje się scena brutalnego “quasi-rozstania” między Zofią, a jej partnerem – Nathanem (w tej roli Kelvin Kline), którzy zamieszkują piętro wyżej. I taki opis możnaby umieścić w TeleTygodniu i pewnie niewiele osób film by obejrzało. Jednakże istotnym z punktu widzenia dalszej fabuły nie jest tak naprawdę (jak możnaby się spodziewać) relacja miłosna pomiędzy głównymi bohaterami, ale historia opowiedziana przez Zofię w intymnej ciemności hotelowego pokoju, dokoąd uciekła razem ze Stingo po kolejnej awanturze urządzonej przez zazdrosnego Nathana.

Od historii opowiedzianej przez główną bohaterkę bierze się tytuł filmu – dano jej bowiem namiastkę boskiej mocy – miała wybierać kto umrze, a kto zostanie ocalony. Scena mająca miejsce przy selekcji przywiezionych do obozu ludzi jest dzięki swej ascetyczności niesamowicie sugestywna. Trudno mi opisać jednoznacznie przedstawioną w filmie fabułę. Film trzeba zobaczyć nie tylko dla doskonale oddanej książki, ale by zobaczyć, że Amerykanie również potrafią tworzyć filmy o wojnie, które pozostawiają po seansie nastrój refleksji i kontemplacji, a nie powiewającą na tle zachodzącego słońca biało-czerwono-niebieską flagę. Naprawdę trzeba.

Share on Facebook
read more
  • Kategorie

    • Blog
    • Film
    • Filozofia
    • Gry
    • Historia
    • Książki
    • Kulinaria
    • Life
    • Muzyka
    • Religia
    • Sport
    • Taniec
  • Kalendarzyk

    Luty 2012
    P W Ś C P S N
    « paź    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  
Powered by WordPress. Theme: Motion by 85ideas.
[ Back to top ]