Powiem tak. Internet istnieje w moim życiu na poważnie od czasów klasy maturalnej (2003 rok). Dostałem wówczas twarde łącze w domu, mogłem spokojnie siedzieć ileś tam godzin dziennie w virtual realisty. IRC, poczta, usenet, fora, granie w Arkadię, sieć jako źródło informacji (podczas przygotowań do olimpiady wiedzy z UE wysłałem nawet mejla do Komisji Europejskiej, że diagram na ich stronie jest zły. Odpisali po 30 minutach, że dziękują za zwrócenie uwagi i poprawili od ręki). Od paru lat pracuję w branży IT, codziennie dostaję z 15 mejli, dobrze koło 40 newsów w RSSach no i cały czas żyję na fejsbóku. I wiecie co? Nigdy nie poczulem się tak częścią globalnej społeczności jak dziś. Dlaczego?
Otóż to wszystko przez szachy. Tak jest, gra planszowa, 64 pola, 2 graczy, reguły dość proste. Ostatnio ze zdrowiem nie bardzo miałem po drodze i spędziłem kilka dni na zwolnieniu. Jakoś tak mnie uderzyło i powróciłem do gry, którą poznałem chyba jeszcze w przedszkolu. Wiadomo – dziś to zupełnie inna jakość, mamy programy, bazy partii, serwisy internetowe i możliwość grania online z graczami z całego świata. Zalogowałem się dziś zupełnie przypadkowo na jeden z darmowych serwisów do gry online i co? Pogadalem (i jednocześnie zagrałem) z Niemcem mieszkającym a Kaliningradzie, gdzie jest pastorem kościoła (nie pytajcie mnie jak i dlaczego), z człowiekiem z USA, gdzie właśnie dojrzewają pomarańcze. Miałem też mały romans z inżynierem systemowym z Arabii Saudyjskiej, u niego była 5 rano i siedział na nocnej zmianie w swojej firmie. Próba opisania w małym okienku komunikatora podczas gry (w końcu był remis) wschodu słońca była jedną z najfajniejszsych rzeczy jaka mi się ostatnio zdarzyła. Poczułem się autentycznie jak członek globalnej wioski, mimo że za oknem śniegu nasypało ze 20cm, noc późna i cicho wokoło. Jestem obywatelem świata.



