Chyba każdy człowiek wykształcony, oczytany, umiarkowanie korzystający z dóbr kultury napotkał w swoim życiu moment, w którym zdarzyło się mu żałować, iż nie urodził się w troszeczkę innych czasach. Przynajmniej zaś – w czasach odmalowywanych przez kulturę, w której uczestniczymy. Kto nie chciał przenieść się czasem do Śródziemia i zakrzyknąć w karczmie: “Piwa gospodarzu!”. Albo też usiąść w zdobionej ciężkimi meblami i świecznikami jadalni by w scenografii XIX wieku pokonwersować z Freudem o jego teoriach? Mamy ten sentyment do czasów byłych, do rzeczy które nas ominęły, a ich współczesne próby wskrzeszenia (nieraz spektakularne), najczęściej kojarzą się z zabawą dla małych chłopców, albo ze snobistycznymi marzeniami.
Do takich przemyśleń nakłonił mnie film “Ostatnia audycja” (Praire House Companion), gdzie i kilka gwiazdek się znajdzie (Roberta Altmana jako reżysera nie wspomnę), jednakże sam film – o ostatniej audycji teatralno-radiowego show tak naprawdę jest o niczym. O w sumie przepraszam! Opowiada o końcu – pewnej epoki, zarówno dla bohaterów filmu, ale też pozostawia widza w smutnym nastroju, że coś mu uciekło i już nie powróci. Filmweb streszcza obraz krótko:
Rozgłośnia radiowa WLT zostaje sprzedana pewnej firmie w Teksasie. Po 32 latach zakończy się nadawanie najpopularniejszej audycji tej rozgłośni. Show zatytułowane “A Prairie Home Companion” a prowadzone przez Garrisona Keillora ukaże się ostatni raz. Program ma być na żywo i z udziałem radiosłuchaczy. Zebrani w radiowym studio fani nie wiedzą, że jest to ostatnia audycja. Śpiewający kowboje, Dusty i Lefty, siostry Yolanda i Rhonda dają z siebie wszystko w swej ostatniej audycji.
Obejrzyjcie, ale nie po zalatanym dniu, bynajmniej nie w rzęsiście oświetlonym pokoju, najlepiej w ciszy, z lampką wina w dłoni. Bo coś odejdzie i raczej na pewno nie wróci.
Share on Facebook






