Zasadniczo Willa Smitha nie trzeba nikomu przedstawiać – jeden z facetów w czerni, który jak zawsze wciskał odpowiedni przycisk sekundę przed zniszczeniem całej planety. Starsi mogą go pamiętać z puszczanego dawno temu komediowego sitcomu “Bajer w Bel-Air”. Wiedza na temat tego aktora w wielu przypadkach się kończy. Zupełnie zresztą niesłusznie.
Niesłusznie o tyle, iż zasadniczo za cokolwiek się Will weźmie wychodzi mu to dobrze, albo doskonale. Za wspomniany już serial “Bajer w Bel-Air” dostał dwie nominacje do Złotych Globów, a to już o czymś świadczy. Zdarzyło mu się również rapować – tutaj kolejna niespodzianka – zdobył nagrodę Grammy. No już w ogóle nieźle. W skali globu dał się poznać grając w “Dniu Niepodległości” oraz “Facetach w czerni“, którzy okazali się kasowym przebojem i rzecz jasna dokręcono sequel, aby wykorzystać do końca potencjał tytułu jak i aktora (w drugiej części to Smith jest głównym bohaterem, przyćmiewa moim zdaniem Tommy Lee Jonesa). Możnaby uznać, iż przyszłość będzie jasna – kolejne role w mniej lub bardziej ambitnych komediach, aż w końcu twarz się opatrzy i na kilka lat zniknie z ekranów. Nic z tego! W 2001 roku mamy “Alego”, gdzie rola zupełnie inna – owocująca nominacją do Oskara i bardzo efektywną kreacją. Potem mamy “Ja, robot”, oparty na świecie wykreowanym przez Isaaca Asimova (o nim też pewnie kiedyś napiszę), “Hitch” (bardzo symaptyczna komedia romantycza), czy w końcu “W pogoni za szczęściem” (tego jeszcze nie oglądałem niestety). I tutaj na chwilę się zatrzymamy. Albowiem od tego filmu (jak pamiętam) zaczyna się ciekawy wątek w karierze Smitha.
Pamiętam jak dziś, że przy okazji strajku scenarzystów w USA, w tygodniku “Forum” pojawił się przedruk artykułu dotyczący gwiazd filmowych oraz ich wynagrodzeń. Cloue
tego tekstu było takie, iż najlepiej na tym wszystkim wychodzą ci, którzy nie inkasują wielkie gaże za kręcenie filmu, ale procent od zysków. Pamiętam tabele z konkretnymi tytułami wraz z zarobioną forsą – fakty mówiły same za siebie. Co ma do tego Will? Tyle, iż od kilku lat pracuje właśnie w ten sposób – nie bierze za dużo za sam udział w filmie – za to ma zagwarantowany udział w zyskach. To sprawia, że ostrożnie wybiera propozycje, a także stara się jak może. Od tamtego czasu mieliśmy trzy tytuły – “Jestem legendą”, “Hancock” oraz “Siedem dusz”. Tytuły są na tyle świeże, iż każdy może sobie je przypomnieć lub obejrzeć dzięki pobliskiej wypożyczalni DVD. Moim zdaniem nie są to może filmy wybitne, do zapisania złotymi literami w historii kina. Jednakże na tle masy miernych produkcji ostatnich lat wybijają się ponad przeciętność. Na koniec zaś jedna z najbardziej emocjonalnych scen z “Siedmiu dusz”, zresztą ten film polecam każdemu. Jeśli starożytne Katharsis to uczucia po tym filmie, rozumiem dlaczego Grecy stworzyli dramat.


