• O blogu
  • rss

Kulturalny Chlebik

Kulturalny Chlebik

Moje kulturalne przemyślenia
  • home
  • Blog
  • Film
  • Filozofia
  • Gry
  • Historia
  • Książki
  • Kulinaria
  • Life
  • Muzyka
  • Religia
  • Sport
  • Taniec

Latest Entries »

Popyt na żelazo

Filed Under: Sport by Chlebik
paź.16, 2011

Takim tytułem opatrzony został artykuł poświęcony triatlonowi w ostatnim numerze “Biegania”.  Bo taka prawda – triatlonista to człowiek z żelaza.

Skąd zainteresowanie? Dorobiłem się brzydkiej kontuzji kręgosłupa w związku z czym kontynuowanie treningów biegowych było delikatnie mówiąc – niezalecane. Teoretycznie na rwę kulszową (lub potocznie - wypdanięty dysk) bieganie nie powinno mieć wpływu (w sensie nie pogorszy stanu zdrowia), ale z całą pewnością nie polepszy, a trenowanie z ciągłym bólem nie jest dobrym pomysłem. I w ten sposób znalazłem się na pływalni. W międzyczasie żona zamówiła stacjonarny rower treningowy. I w tym momencie doznałem małego olśnienia – przecież istnieje dyscyplina sportu, która łączy to wszystko. Wyżej wspomniany artykuł dołożył swoje – zostałem wannbe triathlete.

Zaczniemy  jednak od początku – skąd wzięła się taka dyscyplina? Tradycje multisportowych dyscyplin zdążyły zadomowić się całkiem nieźle nawet w programie Igrzysk Olimpijskich – choćby w postaci pięcioboju nowoczesnego czy siedmioboju lekkoatletycznego.  Idea połączenia pływania, jazdy na rowerze oraz biegu zaczęła wykluwać się na przełomie lat 60tych i  70tych.  Nie ma sensu przepisywania akapitów tekstu – zainteresowanych odsyłam do bardzo ciekawego źródła, gdzie można sobie o historii poczytać. Tym, co sprawiło, że triatlon zadomowił się w świadomości ludzi (wtedy głównie Amerykanów) była Julie Moss - skromna studentka, która postanowiła zmierzyć się z dystansem Ironman - 3,8km pływania (to długość 76 basenów olimpijskich!!!), 180 km wyścigu rowerowego (tyle ma średnio 1 etap Tour de Pologne), no i na koniec bieg maratoński. Szło jej dobrze, aż przed metą organizm powiedział, że dziękuje za współpracę. Relację z tego ostatniego etapu wyemitowano w wiadomościach w porze największej oglądalności – USA zostały rzucone na kolana. Zresztą niech obraz przemówi sam za siebie:

Rozwój triatlonu potoczył się po tym pełną parą – powstawały kolejne kluby, związki i federacje.  W roku 2000 triatlon po raz pierwszy rozegrano na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney.  Dystans olimpijski to 1,5km pływania (38 basenów olimpijskich), 40km rowerem i 10km biegu. Poniżej rozpiska wszystkich dystansów (podkradziona z Wikipedii):

  • Super Sprinterski: 0,6 km pływania / 15 km jazdy rowerem / 3 km biegu
  • Sprinterski: 0,75 km pływania / 20 km jazdy rowerem / 5 km biegu
  • Olimpijski: 1,5 km pływania / 40 km jazdy rowerem / 10 km biegu
  • International Triathlon Union (ITU) – długi dystans: 4 km pływania / 130 km jazdy rowerem / 30 km biegu
  • Half-Ironman: 1,9 km pływania / 90 km jazdy rowerem / 21 km biegu
  • Ironman: 3,8 km pływania / 180 km jazdy rowerem / 42 km biegu
  • Iron: dystanse zbliżone do Ironman
  • Ultraman Triathlon: 10 km pływania / 421 km jazdy rowerem / 84 km biegu

Zainteresowanie triatlonem w sumie nie dziwi – jest świetną okazją dla ludzi trapionych kontuzjami (vide autor), albo takich, którzy w sporcie osiągnęli w swojej dziedzinie ‘ścianę’ i nie za bardzo potrafią poprawić swoje dotychczasowe wyniki – różnorodność  dyscyplin pozwala na urozmaicone treningi oraz daje nowe wyzwania. I choć rozgrywanych jest wiele imprez na krótszych dystansach, to celem, do którego każdy triatlonista dąży są koronne dystanse tej dyscypliny sportu - Ironman oraz Half-Ironman (zwany potocznie połówką). Tutaj już nie ma żartów – przebiec lub przejść maraton tak naprawdę potrafi każdy zdrowy i w miarę wysportowany człowiek (przy chęci tylko ukończenia wyścigu).   Jednakże Ironman to już naprawdę coś – chyba każdy z czytelników jest w stanie sobie wyobrazić wielkość tych etapów – dystans prawie 230km to odległość z centrum Łodzi do zachodnich granic Poznania (albo i ciutkę dalej). Przygotowanie do takich dystansów wymaga naprawdę bardzo konkretnych treningów oraz przygotowania całego organizmu (odpowiednia dieta, regeneracja). Zasadniczo podstawową lekturą dla wszystkich zainteresowanych dyscypliną jest książka Joe Friela - ‘Triatlon. Bilia treningu’.  Można tam znaleźć wszystkie możliwe informacje na temat przygotowania do startu – od pierwszych kroków po metę dystansu Ironman.

W Polsce triatlon rozwija się ostatnio dość konkretnie – na pewno miejscem gdzie należy zajrzeć na samym początku to forum – http://xtri.pl - gdzie można porozmawiać o wszystkim dotyczącym tej dyscypliny, a także poznać naprawdę fajnych ludzi. Głównymi zaś imprezami w naszym kraju jest Susz Triatlon (dystanse szybkie oraz połówka) oraz Borówno (połówka i Ironman).

Na koniec jeden z najfajniejszych filmików poświęcony Ironowi – polecam oglądać kiedy się totalnie nic nie chce – mobilizacja pełna:

Share on Facebook
read more

Opowieści bez końca

Filed Under: Książki by Chlebik
maj.08, 2011

Dawno na blogu nie wspominałem o książkach. Tymczasem trochę ich w ostatnim czasie przeczytałem. Wypada zatem nadrobić zaległości – moi drodzy przedstawiam całkiem młodą pozycję polskiego twórcy Roberta Wegnera - “Opowieści z Meekhańskiego pogranicza”.

Rzecz wydana w dwóch tomach, będącymi zbiorem mniej lub bardziej powiązanych ze sobą opowiadań. Dwa tomy, które noszą dodatkowe podtytuły – “Północ-Południe” oraz jakżeby inaczej “Wschód-Zachód”.  Można je połknąć za jednym zamachem, można też często otworzyć na dowolnym opowiadaniu i przeczytać jako oddzielną całość. I właśnie to jest jednym z wyróżników tej książki. Autor wyszedł od publikacji swoich prac w miesięczniku “Science-Fiction” (wtedy tak się ów miesięcznik nazywał, potem zmienił nazwę na “Science-Fiction, Fantasy i Horror”). Bardzo często próby osadzenia akcji opowiadań w wyimaginowanym świecie kończą się nieszczęśliwym zabiegiem powtarzania podstawowych informacji o nim, za każdym nowym opowiadaniem. Cykl wydawniczy i chęć przyciągnięcia nowego czytelnika sprawiają, iż taka operacja jest konieczna. Tymczasem Robert Wegner wyszedł z konfrontacji z periodyzacją wydawania obronną ręka. Kolejne przygody łączy wykreowany przez Niego świat, ale też kilka niesamowicie wyrazistych postaci, które natychmiast po wejściu na scenę dominują nad otoczeniem. Nie potrzeba nam wyjaśnienia co to jest Imperium Meekhańskie, czy jesteśmy w górach, czy nad morzem. Stworzeni przez autora pełnokrwiści bohaterowie równie dobrze mogliby stać na pokładzie transatlantyku, albo też płynąć wzdłuż Rio Grande. Świat pozostaje momentami bardzo daleko…

… jednakże czasami wali po głowie i pcha się przed oczy czytelnika.  Imperium jak to imperium – jest zazwyczaj wielkie i zróżnicowane. W ten sposób z gór na północy przemieszczamy się na zielone  stepy wschodu, przy okazji  balując na pustynnych terenach południa i kończąc wycieczkę na zachodzie patrząc w oblicze bezkresnego morza. Każde z tych miejsc wydaje się autorowi znane, jakby co drugi dzień wędrował po pustyni na zmianę ze wspinaczką po lodowych ścianach. Barwne opisy przyrody jak i społeczeństw zamieszkujących tereny Imperium doskonale współgrają z historiami głównych bohaterów – będących członkami konkretnych plemion czy ludów, ale mimo to pozostających na uboczu całej wspólnoty. I niezależnie czy będzie to Kailean, którą wychowali wędrowni handlarze (nawiązania do Cyganów są aż nadto wyraźne), czy Yatech, ochroniarz bogatego kupca, który pochodzi z tajemniczego ludu Issaram. W swoich bólach i lękach są bliscy każdemu czytelnikowi, dzięki swemu pochodzeniu i umiejętnościom, stają się bohaterami, dzielnie stającymi wobec przeciwności losu. Parafrazując autora – “Tygiel różnorodności, do którego ktoś wciąż dodaje nowe”.

Sam autor osiągnął wiele w fantastycznym półświatku naszego kraju. Dostał nagrodę Zajdla za jedno z opowiadań zamieszczonych w zbiorku, pomniejszych nagród nie wspominając. Obecnie pracuje nad pełnoprawną powieścią dziejącą się w Imperium Meekhańskim, którą z całą pewnością kupię w ciemno. Co ważne – ciekawi mogą odwiedzić stronę wydawnictwa Powergraph, gdzie można zapoznać się z kilkoma opowiadaniami zamieszczonymi w formacie PDF.  Gorąco zachęcam.

Share on Facebook
read more

Bieg rzeźnika i przejście Kotliny, czyli dlaczego zacząłem biegać

Filed Under: Life, Sport by Chlebik
kwi.23, 2011

Dzisiaj pokontynuujemy tematykę biegowo-sportową. Od dawien dawna jestem miłośnikiem chodzenia po górach. Póki co nie jest to wspinaczka skałkowa, ani podążanie szlakiem ogródków piwnych na Krupówkach. Takie zwykłe turystyczne chodzenie.

Jednakże w zeszłym roku po powrocie z wakacji rozpocząłem swoją przygodę z bieganiem. Głównie celem poprawy ogólnej kondycji i odstresowania. Szło mi całkiem przyzwoicie, aż moje wybiegi przerwała zima, która przyszła chyba na początku listopada. W SoftShella jeszcze się nie zaopatrzyłem w związku z czym zaprzestałem aktywności. Z tydzień temu wróciłem do biegania jednakże z już trochę innym nastawieniem. Odkryłem bowiem fantastyczną rzecz, jaką są biegi górskie . Jest to zwykły bieg na czas (choć często i tego kryterium nie ma), który odbywa się w górach. Zatem poza samą długością biegu w grę wchodzi wysokość przewyższeń oraz zmienna pogoda. Na podanej powyżej stronie można znaleźć masę informacji na ten temat – ja jednakże na samym początku zapoznałem się z 2 imprezami w wersji ‘ultra’ czyli takimi, w których chodzi tylko i wyłącznie o ukończenie biegu. Te dwie imprezy to Przejście Kotliny Jeleniogórskiej oraz Bieg Rzeźnika.

Pierwszy z biegów zgodnie z nazwą odbywa się w Kotlinie Jeleniogórskiej. Czyli są to okolice Jeleniej Góry, choć sam bieg rozpoczyna się i kończy w Szklarskiej Porębie. Całość to coś koło 150km po górach, a potem po płaskim dość terenie Kotliny. Rekordziści przechodzą (przebiegają?) trasę w 28h!!! Jednakże to już są hardkorowcy, którzy po drodze prawie nie śpią. Impreza ta odbywa się zazwyczaj w 3cim tygodniu września, a zapisy niestety są ograniczone do 300 osób (wymóg dyrekcji Karkonoskiego Parku Narodowego). Biegacze startują w piątek wieczorem ze Szklarskiej Poręby, aby przez Szrenicę, Śnieżkę, Przełęcz Okraj i potem w dół naokoło Kotliny przebyć całą trasę. W tym roku odbędzie się już 7 edycja tej imprezy, która zyskała sobie już miano kultowej. Całość trasy oraz mapę można podejrzeć sobie na stronie wiki. (nie umieszczam zdjęć bo są olbrzymie).

Drugim biegiem, który posiada bardzo znamienną nazwę jest Bieg Rzeźnika. Tak, tak – nazwa mówi wiele. Impreza odbywa się w czerwcu w Bieszczadach i obejmuje pokonanie 75km trasy i zmieszczenie się w limicie 19h. Startuje się w Komańczy o 3 nad ranem, a kończy w Ustrzykach Górnych o 22.  Suma przewyższeń to ponad 3km i w sumie mamy tyle samo zbiegów. Organizatorzy w odróżnieniu od Przejścia Kotliny zakładają, iż bieg jest trudny i w związku z tym mogą startować tylko drużyny 2-osobowe (od wielkiego dzwonu można wystąpić w 3 osoby). Jednakże drużyna to jedno – jej członkowie nie mogą oddalić się od siebie. Ma to służyć zapewnieniu bezpieczeństwa na trasie w razie gdyby komuś stała się krzywda. Już samo takie stwierdzenie budzi respekt, jednakże dalej działa na ambicję ;) Wszystkie informacje można sobie znaleźć na oficjalnej stronie biegu.

Świadomość, że istnieją ludzie, którzy są w stanie pokonać takie trasy motywuje. Na tyle, że za każdym wybiegiem staram się polepszyć swój wynik. Jednakże w związku z tym, iż przyszła Wielkanoc to pogrzeszę w diecie i ciutkę odpocznę, czego wszystkim Czytelnikom życzę.

Share on Facebook
read more

Just sports

Filed Under: Life, Sport by Chlebik
kwi.17, 2011

Rozpocząłem właśnie sezon biegowy.  Na razie spokojnie i grzecznie przypominam sobie o istnieniu pewnych mięśni i stawów (w sumie to bardziej one przypominają mi o sobie).

Na forach dyskusyjnych dotyczących biegania często można znaleźć ciekawe wątki dotyczące motywacji do biegania. Są też takie, które zawierają setlisty do słuchania podczas biegów. To świetnie. Ja natomiast wrzucę fajną rzecz, która pochodzi z hollywodzkiej komedii romantycznej “Czego pragną kobiety” z Melem Gibsonem w roli głównej. Jako pracownik agencji reklamowej Mel tworzy reklamę dla Nike. Akurat w przypadku tego filmu reklama jest skierowana do kobiet. Ale tak naprawdę przekaz jest uniwersalny. Niestety udostępnianie filmiku na stronach zostało wyłączone, a poszukiwania go poza YouTube nie za bardzo mi wyszły. Zatem oto link:  http://www.youtube.com/watch?v=QyO6ayCb5rE

I tekst:

You don’t stand in front
of a mirror before a run…

and wonder what the road
will think of your outfit.

You don’t have to listen to its
jokes and pretend they’re funny.

It would not be easier to run
if you dressed sexier.

The road doesn’t notice
if you’re not wearing lipstick.

It does not care
how old you are.

You do not feel
uncomfortable…

because you make more money
than the road.

And you can call on the road
whenever you feel like it,

whether it’s been a day…

or a couple of hours
since your last date.

The only thing
the road cares about…

is that you pay it a visit
once in a while.

Nike.
No games.
Just sports.

Share on Facebook
read more

Schabowy dwa!

Filed Under: Kulinaria by Chlebik
mar.27, 2011

Kilka wpisów temu uraczyłem wszystkich czytelników przepisem na dobre mielone. Drugim najbardziej rozpowszechnionym kotletem w naszym kraju jest nieśmiertelny schabowy. Sam przepis na takowy jest prosty jak konstrukcja gwoździa bez łebka – mięcho, soli i pieprzu, panierka i do przodu. Zazwyczaj w tym właśnie momencie zaczynają się problemy. Stąd też mój dzisiejszy wpis – raz, że jest niedziela (piękny dzień na tradycyjnego schaboszczaka), dwa – ostatnie kilka dni spędziłem na przyrządzaniu tej potrawy w różnych wersjach i zamierzam się podzielić wiedzą na ten temat. Czyli w skrócie - Jak usmażyć schabowego?

1. Zaczynamy rzecz jasna od mięsa (oryginalne, prawda ;) ).  Oczywiście pozostajemy wciąż w domenie wieprzowiny – klasycznego schabowego raczej nikt z cielęciny nie smażył, gdyż była po prostu za droga.  Do rzeczy jednak - schab sam z siebie jest mięsem bardzo delikatnym, ale też przez to suchym. Każdy kto próbował upiec ten typ mięsa wie jak trzeba się momentami napracować, aby wyszedł delikatny i kruchy, a nie wysuszony jak głowa beduina. W przypadku obsmażania schabu jest o wiele łatwiej – smażenie na tłuszczu skutecznie chroni zawartość przed wysuszeniem. Jednakże tym bardziej musimy zadbać o jakość mięsa.

Tak tedy wybieramy się do mięsnego. Wiadomo jak jest – każdy mieszka gdzie indziej, jedni mają pod nosem markety, inni z kolei elegancki targ. Ja mam pod nosem 2 mięsne, w których jak twierdzi moja żona - “Poderwałem wszystkie obsługujące Panie” ;) )  Zdrady nigdy nie planowałem, ale przydaje się takie coś kiedy potrzeba dobrego mięcha lub ominąć długą koleję. Dobry schab to schab mały. Co to znaczy? Otóż najlepszy schab jest od świnki, która jest młoda. Tym samym jeżeli prosimy o pokrojenie schabu na kotlety i widzimy, że dostajemy plastry a la Fred Flinston (i jego steki z brontozaura), to znaczy, że coś jest wybitnie nie tak. Młoda świnia ma schab nieprzerośnięty, niski, kotlety zatem są dość małe. Jest to oznaka dobrego jakościowo schabu – wiadomo, że nie mamy wpływu na to, co zwierzę jadło, ale pierwszy warunek dobrego mięsa został osiągnięty.

2. Schab może zawierać trochę tłuszczyku (ja takie nawet preferuję). Po usmażeniu nadaje fajny posmaczek. Niektóry z kolei usuwają wszystkie tłuste elementy, błony i takie tam. Tutaj pełna dowolność – róbcie co chcecie. Co jednakże kiedy zmuszeni byliśmy kupić schab, który wygląda jakby zdarto go z 30letniego wieprza? I na to jest sposób. Rozbijamy kotlety i najlepiej na całą noc wkładamy je do mleka i hop – do lodówki. Ogólnie moczenie mięs w mleku jest bardzo często występującym procesem mającym na celu jego zmiękczenie i ‘ukruchowienie’ (fajny neologizm).

3. Załóżmy, że mamy mięsko pokrojone na plastry. Co teraz? Ano niektórzy uskuteczniają ponacinanie krawędzi nożem. Ma to powodować, iż schabowy się nam nie kurczy na patelni. Nie stosuję tego rozwiązania, gdyż zasadniczo preferuję schabowe, które są treściwe – nie rozbijam ich nigdy w sposób “kolonijny”, że mięso wygląda jak stara firanka. Oczywiście na ile należy mięso utłuc trzeba wyczuć samemu – jednakże każdy z czasem to wyczuwa. Zbyt mało rozbite mięso po usmażeniu jest po prostu twarde i trzeba je żuć, z kolei “przefirankowane” trudno się panieruje i po obsmażeniu otrzymujemy wysuszone i napite tłuszczem skorupy. Nie jest to nic dobrego.

4. Mamy zatem rozbite mięsko. Teraz solimy je i pieprzymy. Uwaga! Ja lubię potrawy bardziej doprawione, pikantne i z powerem. Jednakże przepieprzenie schabowych to nie jest dobry pomysł. Podczas smażenia pieprz staje się gorzkawy i schabowy nie ma takiego smaku jaki powinien mieć. Pieprz stosować z dużym umiarem! Ja używając świeżo mielonego pozwalam sobie na jedno “przekręcenie” młynka nad każdym kotletem. I tyle. Oczywiście operację solenia i pieprzenia powtarzamy z każdej ze stron (tak samo rozbijanie). 

5. Dochodzimy do najbardziej istotnej rzeczy w przygotowywaniu schabowych. Otóż najistotniejszym etapem jest właśnie smażenie. Głównym celem jest to, aby nasze schabowe miały brązowiutką i chrupiącą skórkę, z drugiej zaś strony by mięsko w środku schabowego pozostało miękkie i delikatne. U mnie zawsze występował problem z tym, iż po pięknym zbrązowieniu jednej strony schabowego, po przewróceniu powstawała mi nie śliczna panierka, ale glajda z przypalonej bułki. Teraz już wiem dlaczego, ale cloue jest proste – to technika smażenia decyduje o jakości schabowego!!!

6. Opiszę teraz wszystkie etapy doprowadzenia schabowego do perfekcji. Zaczynamy zatem od panierowania. By mięso nie przywierało do patelni należy wpierw obtoczyć schabowe w mące. Tworzy to dodatkową chłonną i klejącą warstwę pomiędzy mięsem, a panierką. Następnie wrzucamy kotlet do rozbełtanego jajka z lekkim dodatkiem mleka. Mięsko jest bardziej świeże i ‘chwyta’ panierkę. Dopiero teraz wrzucamy do bułki tartej i obtaczamy bardzo ściśle. Niektórzy preferują podwójne obtaczanie (dwa razy w jajku i bułce). Nigdy tak nie robiłem, gdyż w kotletach preferuję smak mięska, a nie bułki, jednakże jeśli ktoś woli w ten sposób to proszę bardzo. W takiej sytuacji jednakże należy pamiętać, iż proces smażenia będzie dłuższy.

7. Wyciągamy patelnię. Szkoły w tej materii są różne i naprawdę bardzo dużo zależy od odpowiedniej patelni. Nie, inaczej. Nie tyle od patelni, co od naszej znajomości z nią. Należy wiedzieć czy przegrzewa się szybko czy wolno. Czy smażone rzeczy mają tendencję do przywierania. Ja do smażenia stosuję wspomnianą już we wpisie o mielonych patelnię grillową.  Jest duża i bardzo powoli się nagrzewa. Do smażenia używamy dowolnego tłuszczu - schabowe nie lubują się w wysokiej temperaturze smażenia! Zatem spokojnie można użyć oleju – nie powinien się spalić. Przed smażeniem na patelnię sypiemy trochę soli. To również ma na celu zapobieżenie przywieraniu mięsa do patelni.

8. Odpalamy ciepło, nagrzewamy patelnię z tłuszczem na niej. Wspomniałem, że schabowe nie lubią wysokiej temperatury! To nie odnosi się do pierwszego wrzucenia koteletów na patelnię. Tłuszcz powienien być bardzo gorący – kładziemy na nim mięsko i teraz odliczamy mniej więcej 2-3 minuty (zależy od patelni i ostrości ognia). Po tym obracamy schabowe na drugą stronę! Czemu w ten sposób? Otóż jeżeli zostawimy kotlety na jednej stronie i będziemy doprowadzać je do pięknej, brązowej panierki, wówczas tłuszcz oraz wilgoć, którą puszcza nasze mięso sprawią, że druga strona kotleta (ta, która jest na wierzchu) po prostu się rozpłynie, tutdzież zmieni w rozbełtane coś. Po przewróceniu tego czegoś na tłuszcz powstaje glajda z przypalonej i niedosmażonej bułki i żadne cuda i czary-mary nie pomagają.  Stąd jeszcze raz – schabowe obracamy kiedy tylko panierka na tłuszczu przybierze lekko złotawy kolor. Po obróceniu możemy zmniejszyć trochę grzanie, albo zostawić je przez minutę na bardzo wysokich obrotach, aby druga strona też chwyciła. Po tej operacji skręcamy ogień na najmniejszy możliwy! I teraz mamy ładnych parę minut, zanim panierka stanie się pięknie brązowa i chrupiąca (sprawdzamy to co jakiś czas). Kiedy  widać, że kotlety z jednej strony mają dość – przewracamy je na drugą stronę i też pięknie zbrązowiamy. I tyle. Być może po drodze trzeba będzie dodać tłuszczu (panierka chłonie), zatem by nic się fizycznie nie przypaliło z braku tłuszczu należy na to uważać.

9. Na sam koniec dwie sugestie lub porady. Bardzo często zaleca się by smażenie przeprowadzać z ćwiartkami cebuli smażonymi razem z kotletami. Przynajmniej na początku kiedy doprowadzamy panierkę do stanu używalności. Nadaje to specyficzny smak oraz przede wszystkim chroni tłuszcz przed przypaleniem, gdyż cebula puszcza sporo wody i tym samym obniża temperaturę tłuszczu. Po tych powiedzmy mniej więcej 4 minutach możemy te ćwiartki wyrzucić. Drugą sprawą jest podduszanie schabowych. Niektórzy takowe preferują, inni nie. Konkretnie chodzi o dodanie trochę wody w końcowym etapie smażenia. Panierka przez to robi się trochę ‘zawilgocona’ i mniej chrupiąca, powstaje też przy okazji coś na kształt pseudo-tłuszczo-sosu, którym niektórzy uwielbiają polać delikatnie np. ziemniaki podawane do kotleta. Fakt, dobre to jest, choć wątroba zazwyczaj twierdzi co innego. Wracając do rzeczy – taki sposób smażenia jest bardzo skuteczny w przypadku, kiedy schabowe smażymy ‘na zapas’ i będą one odgrzewane później. Dotyczy to zarówno odgrzewania w mikrofali jak i choćby w piekarniku podczas imprezy gdzie mamy do odgrzania 30 sztuk schabowego. Wtedy tak przyrządzone kotlety będą o wiele lepiej smakowały niż takie z chrupiącą bułeczką. Te drugie z kolei najlepiej podawać od razu po usmażeniu.

No to dziś chyba wszystko. Życzę wszystkim smacznego – mój schab już na mnie czeka w kuchni.

Share on Facebook
read more

Coś się kończy, ale nic nie zaczyna.

Filed Under: Film, Historia, Life by Chlebik
mar.12, 2011

Chyba każdy człowiek wykształcony, oczytany, umiarkowanie korzystający z dóbr kultury napotkał w swoim życiu moment, w którym zdarzyło się mu żałować, iż nie urodził się w troszeczkę innych czasach. Przynajmniej zaś – w czasach odmalowywanych przez kulturę, w której uczestniczymy. Kto nie chciał przenieść się czasem do Śródziemia i zakrzyknąć w karczmie: “Piwa gospodarzu!”. Albo też usiąść w zdobionej ciężkimi meblami i świecznikami  jadalni by w scenografii XIX wieku pokonwersować z Freudem o jego teoriach? Mamy ten sentyment do czasów byłych, do rzeczy które nas ominęły, a ich współczesne próby wskrzeszenia (nieraz spektakularne), najczęściej kojarzą się z zabawą dla małych chłopców, albo ze snobistycznymi marzeniami.

Do takich przemyśleń nakłonił mnie film “Ostatnia audycja” (Praire House Companion), gdzie i kilka gwiazdek się znajdzie (Roberta Altmana jako reżysera nie wspomnę), jednakże sam film – o ostatniej audycji teatralno-radiowego show tak naprawdę jest o niczym. O w sumie przepraszam! Opowiada o końcu – pewnej epoki, zarówno dla bohaterów filmu, ale też pozostawia widza w smutnym nastroju, że coś mu uciekło i już nie powróci.  Filmweb streszcza obraz krótko:

Rozgłośnia radiowa WLT zostaje sprzedana pewnej firmie w Teksasie. Po 32 latach zakończy się nadawanie najpopularniejszej audycji tej rozgłośni. Show zatytułowane “A Prairie Home Companion” a prowadzone przez Garrisona Keillora ukaże się ostatni raz. Program ma być na żywo i z udziałem radiosłuchaczy. Zebrani w radiowym studio fani nie wiedzą, że jest to ostatnia audycja. Śpiewający kowboje, Dusty i Lefty, siostry Yolanda i Rhonda dają z siebie wszystko w swej ostatniej audycji.

Obejrzyjcie, ale nie po zalatanym dniu, bynajmniej nie w rzęsiście oświetlonym pokoju, najlepiej w ciszy, z lampką wina w dłoni. Bo coś odejdzie i raczej na pewno nie wróci.

Share on Facebook
read more

Miasto moje, a w nim

Filed Under: Film by Chlebik
lut.12, 2011

Wpis nie będzie o Warszawie. Nic, a nic. Za to przeniesiemy się trochę dalej na zachód-południowy-zachód i odwiedzimy wybrzeże dużego zachodniego mocarstwa. Drogie Panie i Drodzy Panowie – Nowy Jork nadchodzi.

Jak można przedstawić miasto w filmie? Jak uczynić z niego głównego bohatera nie kręcąc filmu dokumentalnego? Odpowiedzią na to pytanie jest film “New York I love You” (polskie tłumaczenie to Zakochany Nowy York), gdzie spotkało się 9 reżyserów i grono znanych aktorów (Natalie Portman, Andy Garcia, Orlando Bloom, Ethan Hawke i cała masa innych). Powstało w ten sposób 11 krótkich historii, które fabularnie łączy tylko jeden motyw – miłość. Nie są to jednakże łzawe opowiastki, nie jest to również głupawa “komedia romantyczna”, które szturmem zdobędą kina w ten weekend (z okazji pewnego święta).  Mamy za to przedstawione historie ludzi, którymi kieruje miłość, a w tle panoramę miasta, które przedstawione jest jak prawdziwy dom. Każda para bohaterów (miłość to w końcu uczucie między dwiema stronami) zajmuje się czymś innym, łączą lub dzielą je różnorodne rzeczy, a mimo to wciąż są ze sobą, bądź też walczą o swoje uczucia.  I miasto. Miasto, które jak dobry ojciec patrzy z góry na poczynania bohaterów cicho śmiejąc się pod nosem – śmiechem ojca obserwującego psoty swoich dzieci.  Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć.

Share on Facebook
read more

Mielony raz!

Filed Under: Kulinaria by Chlebik
sty.15, 2011

Tak mnie właśnie ostatnio naszło na klasycznego mielonego. Kojarzy się on większości Polaków z mięsopodobnym wyrobem serwowanym w przydrożnych barach i szkolnych stołówkach. Niesłusznie – zrobienie dobrego mielonego jest prawdziwą sztuką i dzisiaj o jej uprawianiu napiszę kilka słów.

Jak to z każdym daniem składającym się z mięsa połowa sukcesu to właśnie odpowiednie mięso.  Moim zdaniem dobrowolne jedzenie kurczaka to prawie samobójstwo (można w nich znaleźć przekrój przez tablicę Mendelejwa i kilka ciekawych hormonów). Mielona wołowina z kolei to domena burgerów obsmażanych bez panierek i takich tam – to temat na inny wpis. Dlatego też na swoje mielone wybrałem mięso wieprzowe. Też jest w nim dużo śmiecia, ale z całą pewnością mniej niż w drobiu. Mięso rzecz jasna mielimy sami, albo też dajemy do zmielenia w pierwszym lepszym mięsnym. Kupowanie gotowego mięsa w plastikowych opakowaniach to jak paluszki rybne w Boże Narodzenie. Innymi słowy – porażka.

Typ mięsa (tłustsza karkówka, czy może bardziej sucha łopatka ) zależy od nas. Jednemu pasuje to, innemu co innego. Ja najczęściej używam właśnie łopatki, ale dla polepszenia smaku dodaję ok. 10-20% wędzonego surowego boczku. Dzięki niemu mięsko zyskuje ciekawszy smak i nie jest suche. Mięsko mielimy najlepiej dwa razy na drobnym sicie. Niektórzy stosują metodę jednoczesnego mielenia przypraw czy czosnku razem z mięsem – ja jestem zwolennikiem tradycyjnego mieszania zatem nie mam w tej materii doświadczenia.

Teraz po kolei:

1. Zmielone mięsko doprawiamy solą i pieprzem. Oddzielnie kroimy na drobniutkie kawałeczki cebulę. Niektórzy ją szatkują na bardzo drobno, ja z kolei preferuję ciutkę większą kostkę. Grunt to zalecenie, aby cebuli nie pozostawić w zbyt dużych kawałkach – wówczas będzie problem z odpowiednim zmieszaniem tejże cebuli z mięsem.  Szklimy posiekane warzywo na tłuszczu. Ja dodaję do tej mieszanki zmiażdżony czosnek. Jednakże to już kwestia indywidualna – ja bardzo lubię wyraziste przyprawy i smaki zatem nie trzeba się sugerować. Mieszaninę pozostawiamy do wystygnięcia. 

2. Wrzucamy cebulę z czosnkiem do mięsa. Dorzucamy 1 jajo. Zasadniczo 1 sztuka starcza na pół kilo mięsa. Jeżeli damy za dużo jaj wówczas kotlety będą zbite i tym samym w pełni zasłużą na swoje żołnierskie określenie – tzw. granaty.

3. Ja w tym miejscu do mięska wrzucam również majeranek, bazylię, oregano i zioła prowansalskie. Co kto lubi, ja ziół wrzucam dużo. Do tego ciutkę świeżo posiekanej naci pietruszki. Byłem przerażony jak dowiedziałem się (po przyjeździe na studia), że mielonego w tym mieście to się w sumie nie przyprawia. Koszmar.

Mieszamy to wszystko bardzo intensywnie (dobre 5 minut). Jeżeli ktoś lubi to może takowe mięsko spróbować i ocenić czy potrzeba więcej przypraw czy soli. Istnieje ryzyko, że w mięsie znajdują się jaja pasożytów i jedząc surowe mięso dajemy im szansę na rozwój. Cóż, jest to i prawda, ale jakoś moja babcia, która mnie uczyła robić mielone całe życie próbowała surowego mięcha i nic nigdy nie złapała. Obecnie ma 91 lat i wciąż świetne wyniki zdrowotne.  Róbcie co chcecie. 

4. Mięsko przykrywamy i odstawiamy do lodówki. Ja staram się by to “przegryzanie się” trwało długo – często nawet całą noc. Na dobre kilka godzin przed smażeniem wyjmujemy mięso z lodówki, aby wróciło do temperatury pokojowej – dzięki temu łatwiej ocenić smak. Również dopiero w tym momencie dokładamy do mięsa namoczoną w mleku bułkę. Im dłużej mięso stojące w lodówce zawiera w sobie bułkę tym trudniej potem sprawić, aby podczas smażenia kotlety trzymały się kupy. Dlatego jeśli planujesz dłuższe odstawienie mięsa na bok to nie radzę dodawać bułki!!!

5. Mieszamy to wszystko dodając w ramach potrzeby przypraw czy soli i pieprzu. Inaczej smakuje pieprz dodany poprzedniego dnia, a inaczej taki, który właśnie świeżo zmieliliśmy; podobnie rzecz ma się z nacią pietruszki czy innymi przyprawami.

6. Formujemy kotlety. Generalnie lepiej, aby były bardziej płaskie niż wysokie (szybciej się usmażą). Z mojego doświadczenia wynika, że optymalny mielony ma trochę mniej niż 10 dag. Nie jest za duży, ani za mały, nie rozpada się łatwo na patelni. Kotlety obtaczamy w bułce tartej i lecimy z tym koksem.

7. Ja do smażenia takich ilości zazwyczaj stosuję patelnię grillową. Potężny kawał żeliwa, ma bardzo grube dno, nagrzanie patelni trochę trwa, ale kosmicznie fajnie się na niej smaży. Wrzucam tłuszcz (smalec oczywiście) i doprowadzam prawie do wrzenia. Tak ma być! Jeżeli tłuszcz będzie zbyt chłodny to kotlety będą przywierać. Dlatego też pierwszą partię kładziemy na wrzący tłuszcz, po czym skręcamy trochę ogień. Z jednej strony smażymy około 3 minut. Oczywiście jeśli skórka nie zrobiła się zrumieniona i chrupiąca to można je jeszcze potrzymać, ale główną zasadą smażenia mielonych jest to, aby nie przekręcać ich ze strony na stronę! Mielony smażymy z jednej strony, po czym przerzucamy na drugą – smażymy też na gorącym tłuszczu (zaraz przed obróceniem można zwiększyć ogień) mniej więcej tyle samo czasu. Niektórzy stosują przykrywanie patelni pokrywką i w ten sposób przyspieszają proces smażenia. Nigdy nie potrzebowałem takiego rozwiązania zatem nic ciekawego o nim nie napiszę.

8. By kotlety nie przywierały do patelni można do tłuszczu (kiedy się go rozpuszcza) dodać soli. Zapobiega to ponoć przywieraniu smażonego mięsa (stosuje się też do schabowego). Drugim ciekawym rozwiązaniem jest dodanie podczas smażenia ćwiartek cebuli. Podsmażając je uwalniamy zgromadzoną w nich wodę, dzięki czemu tłuszcz nie spali się tak szybko, kotlety będą ciutkę bardziej miękkie no i aromat też niczego sobie.

9. Smaczego!

Share on Facebook
read more

A to mi ostatnio wpadło w ucho

Filed Under: Muzyka by Chlebik
gru.04, 2010

Wpadło coś o nazwie Hurts. Taki duet z Wielkiej Brytanii – w radiu katują ich piosenkę Wonderfull Life, będąca wariacją na temat utworu o tym samym tytule stworzonego przez Black w latach 80tych. Wyszło im to całkiem zgrabnie.

Jednakże mnie to połączenie Pet Shop Boys z w sumie z nie wiem kim/czym (autentycznie, ich styl z kimś mi się kojarzy i nie bardzo mogę zidentyfikować) bardziej zaimponowało tzw. “pościelówą”, choć z fajnymi akcentami. A co,  każdy ma prawo do pościelowej muzyczki. Oto klip do utworku o wielce mówiącym tytule - Stay

Share on Facebook
read more

Siła internetu

Filed Under: Gry, Life by Chlebik
lis.30, 2010

Powiem tak. Internet istnieje w moim życiu na poważnie od czasów klasy maturalnej (2003 rok). Dostałem wówczas twarde łącze w domu, mogłem spokojnie siedzieć ileś tam godzin dziennie w virtual realisty. IRC, poczta, usenet, fora, granie w Arkadię, sieć jako źródło informacji (podczas przygotowań do olimpiady wiedzy z UE wysłałem nawet mejla do Komisji Europejskiej, że diagram na ich stronie jest zły. Odpisali po 30 minutach, że dziękują za zwrócenie uwagi i poprawili od ręki). Od paru lat pracuję w branży IT, codziennie dostaję z 15 mejli, dobrze koło 40 newsów w RSSach no i cały czas żyję na fejsbóku. I wiecie co? Nigdy nie poczulem się tak częścią globalnej społeczności jak dziś. Dlaczego?

Otóż to wszystko przez szachy. Tak jest, gra planszowa, 64 pola, 2 graczy, reguły dość proste. Ostatnio ze zdrowiem nie bardzo miałem po drodze i spędziłem  kilka dni na zwolnieniu. Jakoś tak mnie uderzyło i powróciłem do gry, którą poznałem chyba jeszcze w przedszkolu.  Wiadomo – dziś to zupełnie inna jakość, mamy programy, bazy partii, serwisy internetowe i możliwość grania online z graczami z całego świata. Zalogowałem się dziś zupełnie przypadkowo na jeden z darmowych serwisów do gry online i co? Pogadalem (i jednocześnie zagrałem) z Niemcem mieszkającym a Kaliningradzie, gdzie jest pastorem kościoła (nie pytajcie mnie jak i dlaczego), z człowiekiem z USA, gdzie właśnie dojrzewają pomarańcze. Miałem też mały romans z inżynierem systemowym z Arabii Saudyjskiej, u niego była 5 rano i siedział na nocnej zmianie w swojej firmie. Próba opisania w małym okienku komunikatora podczas gry (w końcu był remis) wschodu słońca była jedną z najfajniejszsych rzeczy jaka mi się ostatnio zdarzyła. Poczułem się autentycznie jak członek globalnej wioski, mimo że za oknem śniegu nasypało ze 20cm, noc późna i cicho wokoło. Jestem obywatelem świata.

Share on Facebook
read more
« Older Entries
  • Kategorie

    • Blog
    • Film
    • Filozofia
    • Gry
    • Historia
    • Książki
    • Kulinaria
    • Life
    • Muzyka
    • Religia
    • Sport
    • Taniec
  • Kalendarzyk

    Styczeń 2012
    P W Ś C P S N
    « paź    
     1
    2345678
    9101112131415
    16171819202122
    23242526272829
    3031  
Powered by WordPress. Theme: Motion by 85ideas.
[ Back to top ]